piątek, 1 marca 2013

175. Mistrz Twardowski

Pan Twardowski, postać znana kiedyś niemal każdemu polskiemu dziecku, żył podobno naprawdę. Lekarz i astrolog na dworze Zygmunta Augusta, zakolegowany z braćmi Mniszchami (ojcem i wujem Maryny Mniszczówny, późniejszej żony dwóch Dymitrów Samozwańców), pomógł im w skoku na królewską kasę. Oni stali się magnatami, on zaś bohaterem niezliczonej ilości legend, baśni i wierszy.
Sam Twardowski najwyraźniej nie za bardzo radził sobie w zdobywaniu przyjaciół i zjednywaniu sobie ludzi, gdyż po upływie stuleci, gdy już większość papierowych dowodów na jego istnienie zjadły myszy, jego czarna legenda miała się jak najlepiej.
Widać wielka musiała być siła ludzkiego strachu i nienawiści, skoro przetrwała tyle pokoleń. Sam Kraszewski był bowiem przekonany, że Twardowski to postać tylko legendarna, taka polska wersja Fausta.
"Mistrz Twardowski" jest kompilacją wielu wersji jego historii
krążących wśród wiejskich bab drących pierze i piastunek straszących dzieci. Kraszewski nadał tym różnym, często sprzecznym ze sobą wersjom spójną, logiczną i nienaganną artystycznie formę. Książka naprawdę robi wrażenie - niby to taka sobie bajeczka o świadomym, dobrowolnym i tajnym współpracowniku mocy piekielnych, a jednocześnie wylewa się z niej taki ładunek zła, że aż momentami robi się nieprzyjemnie.
Oprócz tego mamy w "Mistrzu..." dawkę teologii w wersji popularno-ludowej,ale nie powinno to dziwić, 130 lat temu, kiedy nie było TV, lud zapewne żył bogoiskatielstwem w dużo większym stopniu niż teraz.
Można go wreszcie czytać jako metaforę współpracy ze złem wszelakim. Twardowski kombinował, że powspółpracuje trochę z diabłem, wyciągnie z tego ile sie da dla siebie, postara się narobić jak najmniejszych szkód innym, po czym wykręci się sianem. Tyle, że w praktyce system, z którym zaczął współpracę miał przewidziane furtki na okoliczność kolaboracji także z takimi cwaniakami. I Twardowski zamiast się wykręcić, wsiąkał coraz głębiej.
Niby JIK nie żył w czasach totalitarnych, ale świetnie opisał mechanizm, który wykorzystany został potem np. przez służby specjalne oparte na donosicielstwie. Jak widać: formy ludzkiego uwikłania w ciemne sprawy się zmieniają, ale istota zjawiska zostaje bez zmian.
Drugie skojarzenie zawdzięczam zacofanemu w lekturze. Z komentarza pod notką o doktorze Mengele: "wykorzystał okazję stworzoną przez system, żeby realizować własne ambicje". No właśnie; Twardowski też był gotowy na wiele, żeby wznieść się na wyższy poziom wiedzy, albo raczej pseudowiedzy, gdyż mieszanie w tygielku kociej krwi z rtęcią trudno uznać za działanie naukowe. Skutki zastosowania jego "mądrości" też zazwyczaj okazywały się opłakane, choć raczej dla sfery duchowej jego "pacjentów". Do lektury jak zwykle zachęcam, a moimi skojarzeniami można się nie przejmować.
Ot, to zwykła bajka:).

poniedziałek, 11 lutego 2013

174. Zaklęta księżniczka

„Historia z tysiąca nocy”
Powieść „Na cmentarzu – na wulkanie” rozczarowała mnie tak okrutnie, że musiał upłynąć rok z okładem, zanim z oporami sięgnęłam po kolejne dzieło Józefa Ignacego Kraszewskiego. Zaraz opowiem, co z tego wynikło. Uprzedzę tylko, że Serafina ze swym dziennikiem  musiała niechętnie abdykować: teraz wśród moich ulubionych książek JIK-a króluje „Zaklęta księżniczka”. Na pewno nie jest bez wad. Autorowi można zarzucić chociażby wątpliwe prawdopodobieństwo opisywanych wydarzeń, które na ostatniej stronie sam z przekąsem nazywa „historią z tysiąca nocy”[1], ale według mnie naiwna bajkowość jest zamierzona, co zresztą podpowiada tytuł. Podobnie jak w „Dzienniku Serafiny” Kraszewski puszcza oko do czytelnika i robi to z dużym wdziękiem.

Najpierw zapraszam na seans deziluzji. Przewidziane są trzy punkty programu.
1. 
Srodze zawiodą się czytelnicy, którzy fukającego z oburzenia JIK-a skrzętnie wtłoczyli do schludnej szuflady z napisem Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. „Zaklęta księżniczka” nie tylko mocno trzyma w napięciu od początku do końca, ale budzi też silne wzruszenia. Przyznam się, że kiedy czytałam ostatnie strony powieści, łezka zakręciła mi się w oku, choć rozsądek pokrzykiwał „Co za ckliwy sentymentalizm!”.
2. 
Jeśli dotychczas uważaliście, że powieść Jean Webster „Tajemniczy opiekun” jest oryginalna, zmuszona jestem boleśnie odrzeć Was ze złudzeń. Dokładnie prześledziłam biografię amerykańskiej pisarki i Kraszewskiego w poszukiwaniu przecinających się ścieżek, ale nic z tego nie wynikło. Jedyny wspólny trop to znak zodiaku (Lew), ale to trochę za mało. „Zaklęta księżniczka” ukazała się drukiem w 1885 roku, natomiast „Tajemniczy opiekun” dwadzieścia siedem lat później. Co łączy te dwie powieści? Przede wszystkim pomysł na fabułę: na pensji dla panien przebywa dziewczyna, która nie wie, kto finansuje jej naukę i utrzymanie. W obydwóch przypadkach czytelnik dyszy żądzą rozwikłania zagadki, która zostaje wyjaśniona dopiero na samym końcu.
3. 
Wirtualny romans wynalazkiem ery internetu? Ależ skąd! Kraszewski po raz kolejny wyprzedził swoje czasy. Jego zakochani bohaterowie na początku oglądają się wyłącznie przez okno. Czymże jest  beznamiętny chłód szyby lub monitora wobec „elektryczności wzroku, magnetyzmu serca”[2]?! Plus ukradkowa wymiana liścików i rozpaczliwe starania, by spotkać się naprawdę. Kiedy marzenie się spełniło, „oboje z ciekawością dziecięcą i obawą badali siebie, lękając się czegoś niespodzianego, co by obraz stworzony przez wyobraźnię, w sercu wypieszczony, zaćmiło.”[3] JIK okazał się prekursorem e-miłości. 

Seans deziluzji to tylko jedna z kilku niespodzianek zaserwowanych przez Kraszewskiego. Autor zaprasza też czytelnika do gry. Fabuła „Zaklętej księżniczki” często przypominała partyjkę mariasza, bezika lub preferansa, choć próżno szukać w powieści bezpośrednich nawiązań do takich rozrywek. Moje skojarzenia z karcianymi postaciami są całkowicie subiektywne. Uprzedzam też o nierównych szansach: tylko JIK z góry wie, jaki będzie wynik, tylko on tasuje i rozdaje karty. Mimo wszystko na tę rozgrywkę warto poświęcić kilka godzin.
Oto pierwsze rozdanie:
Narcyz Borusławski, rozchwytywany prawnik, doktor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wprawdzie zamożny, ale żyje skromnie. Tylko on wie, kim jest tajemniczy sponsor urodziwej pensjonarki. Na pierwszy rzut oka wydaje się człowiekiem „wytrawnym, zimnym, milczącym”[4]. To tylko pozory. Poza tym „do ożenienia najmniejszej ochoty nie miał, a od kobiet unikał”[5].  Do czasu!
Tekla Sierocińska, piękne dziewczę dwudziestoletnie, powszechnie zwane księżniczką, „pełnych form, ładna i świeża blondynka, ze łzawymi niebieskimi oczyma”[6]. Melancholijna miłośniczka literatury. Nikt nic nie wie o jej pochodzeniu. Wszyscy podejrzewają, że jej rodzina opływa w bogactwa, herby i co najmniej hrabiowskie tytuły.
Marianna Rzepczakówna, rówieśniczka i jedyna przyjaciółka Tekli, panna odważna, bystra i energiczna: „spryt ognisty jej z oczów patrzał”[7], córka ubogiego szynkarza, co wstydliwie ukrywano na pensji. Widać wyraźnie, że samego autora okręciła wokół paluszka.
Emil Drażak pracuje w ministerstwie, a w wolnych chwilach z zapałem pisze dykcjonarz geograficzny i historyczny kraju[8]. Młodzian pracowity, szlachetny i odpowiedzialny.
Maks Rabsztyński, zblazowany i zniewieściały bawidamek, „aż do zbytku wykwintny i przesadnie bijący w oczy. Jaskrawa krawatka, wspaniała laska, breloki, fryzura… podwójna kamizelka i wyszywane buciki, oznaczać się zdawały zakochanie w sobie i zbytnią cześć dla własnych powabów”[9]. Jego zdaniem lekarstwo na finansowe tarapaty to majętna żona.

Oczywiście występują też liczne blotki, w tym wiele zabawnych postaci, odmalowanych przez Kraszewskiego z kąśliwym poczuciem humoru. I najważniejsze: w powieści natkniecie się na...

która na końcu okaże się...

Dla tych graczy, którzy zasiądą do obitego zielonym suknem stolika z panem Kraszewskim nie po raz pierwszy, wartość poszczególnych kart, zasady gry i jej przebieg będą dość oczywiste, ale zapewniam, że finał to spora niespodzianka. Początkujących zachęcam do rozegrania tej pasjonującej partyjki. Przypuszczam, że na jednym razie się nie skończy.
__________________
[1] Józef Ignacy Kraszewski, „Zaklęta księżniczka”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1958, s. 179
[2] Tamże,  s. 15.
[3] Tamże,  s. 150.
[4] Tamże, s. 6.
[5] Tamże, s. 6.
[6] Tamże, s. 27.
[7] Tamże, s. 36.
[8] Tamże, s. 78.
[9] Tamże, s. 16.
Moja ocena: 4+
Portret Józefa Ignacego Kraszewskiego,
mal. R. Jatkievič.

czwartek, 24 stycznia 2013

173. Bez serca

 
 Recenzja autorstwa be.el. Bardzo dziękujemy za udostępnienie:).

Piszę szybką recenzję, bowiem przyznaję się do przetrzymania książki z biblioteki. Rzadko mi się to zdarza, ale ostatnio tyle spraw na głowie. W razie potrzeby chcę jeszcze choć na krótko zajrzeć do książki, by sprawdzić pewne fakty, pisownię. Ważne spostrzeżenie – nawet nie przypuszczałam, że ta powieść  tak mnie wciągnie. Stary dobry Kraszewski, na którego nie mam nigdy czasu, bo trzeba czytać, albo wypada czytać, nowości. Tymczasem tutaj – sprawnie skrojona fabuła, która jest gotowym materiałem na film. Zawiera ponoć wątki biograficzne, bowiem stary Kraszewski zakochał się w pewnej młódce, a ta dała mu kosza. Nie tak od razu – panna zwodziła go, mamiła, wykorzystywała, a on dał się na te jej gierki nabrać. Zemsta była okropna – Kraszewski napisał książkę o rozpieszczonej, egoistycznej pułkownikównie Rolinie, której życiowym celem był dobry ożenek, tytuł i bogactwo. To nic, że inni dla niej umierali, wariowali, zaniedbywali swoje obowiązki i najbliższych. Panna bez skrupułów bawiła się ludźmi, wodziła ich za nosy i z sadystyczną uciechą przydeptywała swoim zgrabnym malutkim pantofelkiem. Druga strona nie pozostaje bez winy. Czytając nie sposób się nie uśmiechnąć pod nosem: rzuca się w oczy głupota i naiwność – tych drugich. Może mężczyznom faktycznie tak trudno rozpracować kobiecą taktykę? I mimo, że w tle pojawiają się XIX – wieczny Wiedeń, Berlin  i kurorty dla bogaczy, to można wiele znaleźć tu aktualnych odniesień do natury ludzkiej, która mimo upływu czasu tak naprawdę niewiele się zmienia. Świetna obserwacja życia społecznego, panujących konwenansów i mód. 
Myślę, że za jakiś czas znów sięgnę po Kraszewskiego.,
Wydawnictwo Unia Wydawnicza Verum (rok wydania 1995)

wtorek, 22 stycznia 2013

172. Lalki. Sceny przedślubne


W blasku politury i szlifowanych pazurków
Być może patrząc na powyższą okładkę ze zdumieniem przecieracie oczy, doszukując się błędu w tytule lub nazwisku autora. Żart Izy (Filety z Izydora), która zapytała mnie, czy "Lalki" Kraszewskiego to atak klonów panny Łęckiej, rozbawił mnie ogromnie, a jednocześnie uświadomił, że nie tylko ja zakładałam wtórność pomysłu Kraszewskiego.

Tymczasem po raz kolejny autor "Starej baśni" wymyka się z przegródki dla epigonów.  Okazuje się, że zaczął pisać "Lalki" w roku 1873, a wydał rok później. Kiedy ukazała się ta powieść, Prus miał 26 lat. Pierwszy odcinek jego "Lalki" opublikowano 29 września 1887 roku, trzynaście lat po wydaniu książki Kraszewskiego. Oczywiście nie sugeruję plagiatu tytułu, nie wiem też, czy Prus w ogóle czytywał Kraszewskiego, ale widać wyraźnie, że nie mamy o autorze "Hrabiny Cosel" najlepszego mniemania. Podobnie sytuacja wygląda z "Krzyżakami". Sienkiewicz - rok 1900, Kraszewski - rok 1883. Motto "Lalek" to sentencja "Między ustami a brzegiem pucharu wiele się zdarza", co z kolei przypomina wiekopomne dzieło Rodziewiczówny (dla porządku: rok 1890).

Będę pracować nad swoją teorią spiskową pod hasłem "My z niego wszyscy!" i na bieżąco Was powiadamiać  o nowych odkryciach. Tymczasem zajmijmy się "Lalkami". Niestety, "Dziennik Serafiny", który powstał tylko trzy lata później, pozostawia je daleko w tyle. Powieść jest słabsza, chwilami nudna i przegadana. Moim zdaniem fabuła leży i żałośnie kwili. Bohaterowie najczęściej snują się bezczynnie, prowadząc nużące rozmowy. Mimo to Kraszewski w "Lalkach" kilka razy błyska szlifowanym literackim pazurkiem. Zwłaszcza na początku i w zakończeniu, lapidarnym i tak skondensowanym, że dwie ostatnie strony wręcz kipią od emocji. Podobały mi się też opisy wnętrz, którymi cieszyć się w pełni nauczył mnie monsieur Balzac. Z przyjemnością wyłapywałam też różne smaczki. Dowiedziałam się na przykład, że lawendową wódką kadzono sionkę i pokoje dla odświeżenia zapachu .

"Lalki" to powieść obyczajowa o bardzo wyraźnym przesłaniu. Autor dość bezwzględnie krytykuje i ośmiesza ówczesną młodzież. Potępia też zwyczaj oddawania dzieci na wychowanie do bogatszych krewnych, którzy wprawdzie zapisują im spadki, otaczają zbytkiem, obwożą po Europie, ale jednocześnie wydziedziczają z rodzinnych korzeni i prowokują do ukrywania prawdy o sobie. 

Kraszewski znowu bezkompromisowo ośmiesza współczesną obyczajowość: małżeństwa bez miłości, upadek ideałów, cynizm. Podobnie jak w "Dzienniku Serafiny" nie przedstawia swoich poglądów wprost, tylko na zasadzie antytezy: losy bohaterów ilustrują jak być nie powinno. Tym razem dostajemy instrukcje na temat: jak nie należy wychowywać chłopców i jak nie powinno się zawierać małżeństw. Na szczęście autor nie popada w totalny pesymizm. Jeden z bohaterów stwierdza: "Wielki świat [...]obfituje wprawdzie w świecące lalki i ludzi tak upoliturowanych, że spod politury nie widać, z jakiego są drzewa, ale znajdują się wśród niego ludzie wykształceni, poważni i tworzący sobie w życiu zadania, które spełniają". [1] Jest w tych słowach dużo prawdy, wykraczającej znacznie poza wiek dziewiętnasty.

Powieść, jak sugeruje jej podtytuł, osnuta jest wokół planów matrymonialnych. Z woli bogatego wuja na ślubnym kobiercu stanąć mają Roman Zebrzydowski z baronówną Lolą Wilmshofen. Przyszły narzeczony to dwudziestoletni efeb, którego wziął na na wychowanie zamożny krewniak, Filip Zebrzydowski. Dworek zubożałych rodziców w Uściu nad Bugiem młodzian odwiedza okazjonalnie. Z matką i ojcem nie łączy go prawie nic. Roman pod powabną powierzchownością i wykwintnym strojem kryje bowiem ziejącą pustkę.

Kraszewski pastwi się na chłopięciu niemiłosiernie i zajadle wyszydza jego zniewieściałość. Młody człowiek zwykle mówi po cichu, rumieniąc się, "spuszczając oczy na śliczne swe białe, długie, szlifowane pazurki"[2]. Tak wygląda natomiast jego bagaż podróżny: "mnóstwo tajemniczych narzędzi, flaszek, szczotek, woreczków, pudełeczek i skrzyneczek. [...] Dwanaście flaszek perfum różnych, wód do zębów, do twarzy, kilka gąbek różnego kalibru, ręczniki twarde i mięsiste, cienkie i delikatne, na ostatek pudełko różnych guzików i kolekcja szpilek zaświeciły symetrycznie ułożone na stole. Za tymi poszło wydobywanie ubrań wieczornych i rannych, czapeczek, fezów, szlafroków, pantofli ciepłych i zimowych..."[3] Roman doskonale czuje się w świecie konwenansów, poza tym "opinia świata obchodzi go wielce"[4]. Okazuje się jedną z tytułowych lalek, niezdolnych do uczuć, postępujących pod dyktando towarzyskich form.

Lola Wilmshofen też nie budzi sympatii swoją wieczną melancholią, opryskliwością, przyziemnością. Odnoszę wrażenie, że płeć piękna nie jest szczególnie wysoko notowana u Kraszewskiego. Może spadek poczytności jego książek wiąże się z tym, że zbulwersowane panie bibliotekarki na znak protestu chowały jego powieści na zapleczu? Jeden z bohaterów, Bończa, tak oto wyjaśnia brak miłości we współczesnym świecie: "panie nie umiecie w nas tchnąć tego uczucia i same jesteście lodem i chłodem. Cóż dziwnego, że miłość znikła. Nie myśmy jej źródła wysuszyli... " [5]

Sportretowane przez Kraszewskiego kobiety mają poglądy jak na owe czasy dość rewolucyjne. Lola przedstawia swoje wymagania wobec przyszłego małżonka: "I to jeszcze dodać muszę [...], że jestem charakteru energicznego, że niełatwo daję rozkazywać sobie, że przemoc mnie oburza i że w małżeństwie niepodległą chcę pozostać. Wolę, żebyś to pan wiedział wcześnie."[6] Podobnie jak Serafina podchodzą do życia tyleż pragmatycznie, co bezdusznie. Przyjaciółka Loli, Herma, woła z oburzeniem: "Gdzież to kto widział na świecie, aby prawdziwa miłość z małżeństwem w parze chodziła i długo się w nim utrzymać mogła! Ale nie ma na kuli ziemskiej dwóch ze sobą sprzeczniejszych rzeczy!"[7] Tematy matrymonialne nie budzą w Loli najmniejszych wzruszeń: "gdybyż pan udawał zakochanego, a ja wzajemną, to dopiero byłoby prawdziwie śmiesznym." [8]

Tymczasem do gry wkracza drugi konkurent. Kuzyn Loli, Adolf Nieczujski. Autor dobrał mu nazwisko na zasadzie kontrastu. Otóż Adolf jest jedną z niewielu osób, które w tej powieści cokolwiek czują. Nawiasem mówiąc jestem pod wrażeniem onomastycznych talentów pisarza - jedna z bohaterek nazywa się Hermancja z Fiflów Grzegorska! Wracając do Adolfa, młody człowiek wyróżnia się rozsądkiem, spokojem. daleko mu do wykwintności Romana, jest pod wieloma względami jego przeciwieństwem. Lola darzy go dużą sympatią.  Proszę, nie liczcie na to, że zdradzę, jaką decyzję podejmie strapione dziewczę. Podobnie jak w "Dzienniku Serafiny" zakończenie nie jest do końca takie, jakiego się spodziewamy, biorąc pod uwagę romansową formę powieści. Najwyraźniej mocne finały są specjalnością pisarza.

Tytułowe "Lalki" to ludzie zaludniający karty tej powieści, ze szczególnym uwzględnieniem dwójki bohaterów głównych. Lolka nazywana była przez ciocię Nieczujską też "Lalką" i "Laleczką", i tak można tłumaczyć sobie tytuł, ale Kraszewski schodzi głębiej. Przyszli małżonkowie są jak piękne lalki, puste w środku, pozbawione duszy. Porównać ich też można do marionetek, poruszanych szarpnięciami mód, form i konwenansów. Tak Romana opisuje jego ojciec, pan chorąży Zachariasz Zebrzydowski: "lalka, istotnie lalka... Na woskowanej posadzce ją postawić i uperfumowaną admirować, ale czy to mąż, czy to mężczyzna, czy to człek zbrojny na losu wypadki? [...] Boże odpuść! lalka! lalka!"[9] Podobnym wartościom hołdują przyjaciele pary bohaterów, Cherubin i Herma. Brzmieniowa zbieżność imion na pewno nie jest przypadkowa.

Pod względem językowym lektura tej książki to były wspaniałe żniwa. Mam kolejny zestaw słów do adopcji (wyjaśnienia pod koniec tej recenzji) i będzie mi bardzo miło, jeśli któreś znajdą u Was wikt i opierunek.

ekscytarz 
prozapia 
komosić się 
tyftyk
rajtrok
egzorta
absentować się
kocz
smakowny (o ubiorze)
kokosz
dalipan
boleśna
dzień upłyniony
gumienny
żałośliwie
bohdanka
świeżo spanoszone rodziny

W "Lalkach" pojawiły się też wyrażenia, które w roku 1873 rozumiano trochę inaczej:
puścić bąka - rozpuścić plotkę
wytwór - wytworność
z wielką serią - bardzo poważnie
popełnić nieforemność - popełnić nietakt
zaanimowany - ożywiony (Gwoli ścisłości w tekście jest zaanimowany improwizowanym ponczykiem.)

Być może to poważna jednostka chorobowa, ale dzieje się ze mną coś takiego, że czytając zdania typu: "Stadnina powracała z paszy mimo wrót dworu"[10], uśmiecham się ze szczęścia od ucha do ucha. 
________
[1]Józef Ignacy Kraszewski, "Lalki: Sceny przedślubne", Wydawnictwo Literackie, 1988, s. 131.
[2] Tamże, s. 17. 
[3] Tamże, s. 16.
[4] Tamże, s. 51.
[5] Tamże, s. 63.
[6] Tamże, s. 51. 
[7] Tamże, s. 63.
[8] Tamże, s. 51. 
[9] Tamże, s. 9.
[10] Tamże, s.10.

Moja ocena: 3+

Recenzja z 5 czerwca 2011 roku.
 

wtorek, 15 stycznia 2013

171. Skrypt Fleminga. Powieść historyczna z czasów Augusta II

ł→
Tekst nadesłany przez Macieja Brzezińskiego z bloga Poznańskie historie. Bardzo dziękujemy!


Nie będę ukrywał, że należę do wielbicieli twórczości JiK’a, zwłaszcza zaś jego powieści historycznych. Kolejna książka, którą postanowiłem zrecenzować w ramach „Projektu Kraszewski”, dotyczy, podobnie jak pozostałe, XVIII wieku. O ile jednak Starosta warszawski i Grzechy hetmańskie zachwyciły mnie, tak Skrypt Fleminga nieco mnie rozczarował. Powieść ta ustępuje też Hrabinie Cosel i Brühlowi. Nie oznacza to jednak, że nie posiada żadnych walorów, ale zacznijmy od początku.

Jakub Henryk Fleming

Akcja powieści toczy się w latach 1717 – 1724 i dotyczy przekazania władzy nad wojskiem cudzoziemskiego autoramentu w ręce ministra Augusta II, feldmarszałka Jakuba Henryka Fleminga i ograniczenia władzy hetmanów nad nielicznym i słabym wojskiem polsko-litewskim. Miał być to krok do wprowadzenia w Rzeczpospolitej dziedzicznej monarchii i rządów absolutnych. Oczywiście, spotyka się to z natychmiastowym oporem polskiej arystokracji. Mamy tutaj całą galerią postaci fikcyjnych i historycznych, akcja powieści toczy się w Saksonii i Rzeczpospolitej. Kto czytał Hrabinę Cosel, bez trudu rozpozna atmosferę dworu drezdeńskiego i samego króla Augusta II Mocnego, którego interesują jedynie kobiety, uczty i klejnoty. Zależy mu na umocnieniu swych rządów w Polsce, ale jednocześnie aby zapewnić sobie poparcie i spokój ze strony sąsiadów Polski, nie zawahałby się przed oddaniem im części ziem Rzeczpospolitej. Jego przeciwieństwem jest Fleming, człowiek poważny, inteligentny i dalekowzroczny. W przeciwieństwie do tłumu pochlebców otaczających króla, on widzi jego wady i nie daje się omotać dość mdłemu blaskowi majestatu królewskiego. Wolałby, aby August zamiast wydawać pieniądze na kochanki i zabawy, wydał je na armię i ulepszanie administracji, wzorem rosnących w siłę Prus. Fleming jest dla Kraszewskiego wzorem męża stanu.

Głównym bohaterem powieści jest jednak nie August II czy Fleming, a „Serwuś” Przebendowski. Szlachcic młody i skromny, dawny wychowanek Jezuitów, który jednak nie czuł powołania do stanu duchownego. Jest do szaleństwa zakochany w swej pani i chlebodawczyni podskarbinie Przebendowskiej. Serwuś jest człowiekiem pozornie tylko cichym i skromnym, ale ma własne zdanie i potrafi go bronić, nawet szablą. Jest zdecydowanym przeciwnikiem Fleminga i planów wprowadzenia absolutyzmu w Rzeczpospolitej, choć jego poglądy ulegają zachwianiu podczas rozmów z dawnymi preceptorami w kolegium jezuickiego. Trudno nie lubić Serwusia, choć często irytuje on swoją naiwnością czy postawą wobec zakochanej w nim panny Domiceli. Przypomina on nieco Tadeusza Godziembę ze Starosty warszawskiego.
Akcja powieści nie jest zbyt szybka, a chwilami wydaje się być zbyt przegadana, tak więc raczej nie da się jej przeczytać „jednym tchem”. Nie mniej jednak, tym, co stanowi największą wartość utworu, jest przedstawienie tła obyczajowego i politycznego epoki saskiej, która jest najmniej opracowanym okresem w dziejach nowożytnej Rzeczpospolitej. Niewielu historyków zagłębia się w tamte czasy. Kraszewski jednak wyraźnie lubił tę epokę, jak cały XVIII wiek zresztą. Mieszkając w Dreźnie, miał nieograniczony dostęp do bibliotek i archiwów, skąd mógł czerpać materiały do powieści. Mamy więc w Skrypcie Fleminga obraz dworu saskiego, pogrążonego w rozpuście i beztrosce, arystokrację polską, pozbawioną zupełnie poczucia odpowiedzialności za kraj i nie cofającą się przed niczym, aby ratować „złotą wolność”, która w tym czasie stała się synonimem anarchii. Co ciekawe, Kraszewski przedstawił w powieści ciekawą galerią postaci kobiecych. Chwilami ma się wrażenie, że to one rządzą zarówno Saksonią, wykorzystując słabość króla do płci pięknej, jak i Rzeczpospolitą, kierując poczynaniami swoich mężów – hetmanów innych „statystów”.

Powieść wpisuje się mocno w schematy, według których powstawały inne utwory historyczne Kraszewskiego, a które znakomicie opisał prof. Wincenty Danek w pracy Powieści historyczne Józefa Ignacego Kraszewskiego, co nie wpływa jednak, moim zdaniem, ujemnie na całą twórczość JiK’a. Kraszewski, w przeciwieństwie do Sienkiewicza, nie pisał „ku pokrzepieniu serc”. Pisał krytycznie o przyszłości, bo dla niego, w odróżnieniu od autora Trylogii, najważniejszą kwestią była wartość dydaktyczna jego książek.

Mimo pewnych wad, Skrypt Fleminga wart jest polecenia, choćby ze względu na przedstawienie obyczajowości epoki saskiej.
Moja ocena tej ksiązki: 3.5/6.


 Źródła zdjęć:
1. allegro; 2. wikimedia. 

 

czwartek, 10 stycznia 2013

170. Nad modrym Dunajem

Główni bohaterowie "Nad modrym Dunajem" Kraszewskiego poznali się w pociągu jadącym do Wiednia. Młody Eliasz Rżewski przez gapiostwo wsiadł do zarezerwowanego przedziału, w którym piękna młoda Aniela Słonimska podróżowała w towarzystwie majestatycznego starca. Kobieta sprawiała wrażenie osoby dumnej i nieprzystępnej. Wkrótce Eliasz odkrył, że Aniela ma wielkie zmartwienie. Otóż jej ojciec od pewnego czasu cierpiał z powodu zaburzeń umysłowych. Uważał, że jest zmartwychwstałym hetmanem Koniecpolskim. Wszędzie widział szpiegów. Aniela wiozła go na konsultację do słynnego psychiatry. Bała się, by o złym stanie ojca nie dowiedział się pan Eustachy Słonimski, człowiek bezwzględny i łasy na pieniądze. Z pewnością umieściłby chorego brata w domu dla obłąkanych, a bratanicę pozbawił majątku.

Kraszewski zastosował w tym utworze ciekawy zabieg: przedstawił ojca Anieli jako człowieka chorego psychicznie, a jednocześnie w jego usta włożył wiele trafnych sądów o sytuacji politycznej. Pan Modest opowiada więc o dawnej świetności Polski, ubolewa nad brakiem patriotyzmu i głupotą Polaków, którzy pozwalają się zniemczyć. Na przykładzie Dyzi i jej męża Anzelma Kraszewki pokazał, jak zachowują się źli Polacy. Zamieszkali oni za granicą i nie tęsknią za krajem. Dziennikarz Anzelm przyjmuje łapówki, pisze po niemiecku i zapomina polskiego języka. Dyzia jest lekkomyślna i niestała w uczuciach.

Akcja toczy się w Wiedniu, ale nie należy spodziewać się rozbudowanego tła obyczajowego i wielu opisów dziewiętnastowiecznego Wiednia. Kraszewski skupił się raczej na wątku romansowym i krytyce zniemczonych Polaków. Aniela i Eliasz to wzory do naśladowania. Ona jest przedwcześnie dojrzała, honorowa, odważna i przedsiębiorcza. Kiedy spotkała ją tragedia, nie załamała rąk, lecz starała się zaradzić złu. Eliasz po rycersku stara się pomóc pięknej pannie. Bohaterów negatywnych jest dużo: Anzelm i Dyzia, Eustachy Słonimski, Izydor Paschalski i inni.

Utwór "Nad modrym Dunajem" został napisany w roku 1876, w okresie największej popularności Kraszewskiego. Autor zażyczył sobie, by zaliczyć go do nowel, choć moim zdaniem to raczej minipowieść.

piątek, 4 stycznia 2013

169. Przygody Pana Marka Hińczy

Kolejną JIK-ową lekturę zainspirowała lista zakazanych pozycji literatury młodzieżowej z lat 50-tych, którą znalazłam w "Obławie" Joanny Siedleckiej (pełna lista na końcu posta). Na jednej z końcowych pozycji znalazły się właśnie "Przygody Pana Marka Hińczy". Jako, że dotychczas żyłam w przekonaniu, iż Kraszewski był autorem politycznie bezpiecznym i jedną z nielicznych dozwolonych alternatyw do powieśći produkcyjnych i "Krótkiego kursu historii WKP(b)", postanowiłam niezwłocznie zbadać sprawę, co takiego nieprawomyślnego jest w tej konkretnej książce.
Niestety sprawa nie jest dla mnie jasna.
"Przygody.. " to kolejna powieść łotrzykowska, której bohater niebezpiecznie przypomina Nikodema Dyzmę. Poprzednia przeze mnie przeczytana - "Kawał literata", traktująca o pewnym prawie analfabecie, który zrobił karierę na niwie poetyckiej, była nawet bardziej pomysłowa.
Tutaj mamy ograny schemat "od zera do milionera" drogą na skróty, delikatną satyrę na czasy stanisławowskie, krytykę szlacheckich wad (co w latach 50-tych powinno być bardzo na czasie).
Całość nawet przyjemnie się czyta, ale widać, że autora jednak nieco ograniczają jego dydaktyczno-satyryczne zapędy.
Dlaczego właśnie ta książka wpadła pod cenzorskie nożyczki?
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt,  że mogła podejrzanie przypominać drogę życiową któregoś z partyjnych dygnitarzy. Zagadka ciągle niewyjaśniona, ale wszelkie teorie sa mile widziane:).