wtorek, 19 marca 2013

178. Lalki

Od wydawcy:
Hrabia Filip Zebrzydowski czując zbliżającą się śmierć, pragnie doprowadzić do skutku planowany od dawna związek swojego bratanka Romana z baronówną Lolą Wilmshofen. Stary hrabia nie ma jednak łatwego zadania, bo młodzi ludzie których chce skojarzyć, to właściwie... lalki wykrojone według wzorowych modeli, lalki piękne, świetnie ubrane, nienagannych manier, ale bez żywszych poruszeń serca, umysłu i woli. Dlatego, gdy obok Romana-lalki stanie Alfred Nieczujski - człowiek szorstki w obejściu
, ale z dużą dozą zdrowego rozsądku - decyzja Loli, która zachowała resztki "ludzkich" normalnych uczuć nie będzie łatwa. 




To nie była najlepsza powieść Kraszewskiego. Albo ja się w nią za mało wczułam. 
Odniosłam wrażenie, że problem został potraktowany dość powierzchownie. Owszem, dziewczyna zachowała resztki zdrowego rozsądku, ale w sumie nie wynikła z tego żadna nauka dla głównego bohatera. On po prostu prowadził swoje puste życie tak jak dotychczas, tyle że z kim innym. A tak pragnęłam, żeby zrozumiał, w czym rzecz. No niestety, pisarz widać uznał, że nie każdy zrozumie. Jego bohater akurat nie.
Co mnie najbardziej bawiło, to świetne opisy toalety Romana. Te wszystkie paczki i paczuszki, kufer specjalnie na przybory toaletowe, specjalny stół do nich (bo zwykła toaletka była za mała), specjalne miski i miseczki, specjalne mikstury i mazidła. Kojarzy się? Ciekawe, iloma rzeczami mamy zastawione półki w łazience;)
A ileż czasu się traci na te wszystkie zabiegi upiększające! 
Przerost formy nad treścią bywa uciążliwy w codziennym życiu zwłaszcza rano przed wyjściem do pracy.
Pewna rzecz nie dawała mi spokoju - otóż rodzice wspomnianego Romana zgodzili się, żeby chłopaka wychowywał bogaty stryj. Nie przewidzieli, że mentalnie i uczuciowo stracą dziecko. Przyjeżdżał do nich z obowiązku, niechętnie, wstydził się ich skromnego domu i niewyszukanego jedzenia. Nie potrafił wejść ponownie w ich tryb życia - ta toaleta do południa! - nie rozumiał przyzwyczajeń i upodobań.
Zapomniał o swoich korzeniach, zapomniał, z jakiego domu się wywodzi. Spodobał mu się wielki świat, zachłysnął się bogactwem i powierzchownym blaskiem. Jakież to wciąż aktualne. W swoich ambicjach i realizacji celów, w marzeniach i pogoni za sukcesem większość ludzi traci z oczu to, co za nimi. A czy to naprawdę o to chodzi, żeby odcinać się od swoich początków? Nie da się pogodzić jednego z drugim? 

Józef Ignacy Kraszewski, Lalki. Sceny przedślubne, Wydawnictwo Literackie 1988

poniedziałek, 18 marca 2013

177. Kunigas

Malbork, lata 30-ste XIV wieku. Poznajcie litewską Drużynę A.
Szwentas - lat co najmniej 40, parający się czasami szpiegostwem na rzecz Krzyżaków. W czasie jednej ze swoim misji wywiadowczych na Litwę zmienia front i podejmuje się zlecenia na rzecz księżnej Redy. Ma odnaleźć jej zaginionego syna.
Jerzy - młody rycerz krzyżacki, prawdopodobnie Litwin wysokiego rodu. Pseudonim: Kunigas (zdrabniany również pieszczotliwie do Kunigasika), czyli Książę. Od momentu odkrycia, że jest porwanym jako dziecko Litwinem podupada na zdrowiu i cierpi na melancholię.
Baniuta - pyskata litewska nastolatka, również porwana w czasie jednej z wypraw. Szykowana przez swoją niemiecką opiekunke Gundę na ozdobę nieoficjalnego krzyżackiego  zamtuza.
Rymnos - (zdrobniale Romek) - kolejne uprowadzone litewskie dziecko, rodu zapewne pośledniego. W Malborku pełni rolę pachołka i najlepszego przyjaciela Jerzego.
Pewnego dnia ta czwórka połączy siły i dokona brawurowej ucieczki na Litwę. Jednak nie będzie im dane długo cieszyć się powtórnym spotkaniem z bliskimi. Za chwilę bowiem wyruszy kolejna krzyżacka ekspedycja mająca na celu nawracanie pogan ogniem i mieczem. A wtedy Drużyna A będzie miała okazję pokazać na co ich stać w walce z niedawnymi ciemiężycielami.
"Kunigas" jest powieścią parahistoryczną, opartą na jednej z legend zamieszczonych przez Kraszewskiego w antologii "Litwa za Witolda". Trudno powiedzieć, jak wiele jest w niej prawdy, gdyż zakończenie przerasta o głowę wszystkie podnoszące morale i sławiące bohaterstwo historie, jakie kiedykolwiek słyszałam. Przyznam, że ostatni rozdział sprawił, że dosłownie opadła mi szczęka (opadła ona zresztą także będącym jej świadkami Krzyżakom). I dla ostatniej sceny warto przeczytać Kunigasa, nawet, gdyby reszta książki trąciła myszką.


We wstępie wyczytałam, iż Litwini w XIX wieku, w miarę budzenia się ich świadomości narodowej, chętnie korzystali z dorobku Kraszewskiego w dziedzinie etnograficzno-literackiej. Te wszystkie legendy, które on spisywał, to było ostatecznie ich dziedzictwo narodowe.
Nie wiem, na jakim dokładnie etapie znajdował się rozwój litewskiego nacjonalizmu w momencie, gdy książka po raz pierwszy ujrzała światło dzienne. Nie wiem też, jak wówczas wyglądały (i czy w ogóle były) jakieś antagonizmy polsko-litewskie. Nie mogę natomiast pozbyć się myśli, że JIK za pomocą "Kunigasa" i jego zakończenia próbował podrzucić Litwinom kukułcze jajeczko.
Efektowne było to zakończenie? Bardzo. Pokazali Litwini, że mają fantazję i charakter? Nie da się ukryć. A że przy okazji zdobyli pierwszą nagrodę w XIV- wiecznej edycji Nagrody Darwina?

Dlatego coś czuję, że tylko mocno okrojony Kunigas mógł stać się przebojem litewskich czytanek.

Zaintrygowanych zachęcam do przeczytania książki i sprawdzenia o co chodzi.






źródło zdjęcia: smashwords.com

środa, 6 marca 2013

176. Zaklęta księżniczka

To była szybka piłka: doskonała recenzja Lirael, a potem krótki spacer po bibliotece, gdzie odkryłam "Księżniczkę" na zupełnie niewłaściwej półce. Cóż było robić, zabrałam niebożę do domu, gdzie niebacznie zaczęłam ją od razu czytać. Dobrze, że nie w wannie, gdyż by mi woda wystygła. To chyba pierwszy (albo pierwszy od czasów "Serafiny" i "Panicza") JIK, którego przeczytałam niemalże a jednym posiedzeniem. Wciąga mocno i oferuje czytelnikowi całą gamę emocji: uśmiechnąć się tu można nie raz, a pod koniec nawet może się łza w oku zakręcić.Doskonale wyważone ingrediencje tej potrawy to: nieco szemrana pensja dla panien i jej pracownicy, sierota niewiadomego pochodzenia, która o dziwo nie jest wkurzającą niunią, jej dwaj zalotnicy (jeden głupi jak but, drugi nie tak bardzo), kostyczny adwokat - strażnik sekretu. W tle zaś majaczy wieża kościoła Dominikanów na ulicy Freta w Warszawie.
"Zaklęta księżniczka" to oldskul z najgłębszych otchłani odlskulu, ale warto skoczyć na główkę do tego przerębla. Czytelnik wypłynie zeń odświeżony i gotowy na nowe wyzwania.

piątek, 1 marca 2013

175. Mistrz Twardowski

Pan Twardowski, postać znana kiedyś niemal każdemu polskiemu dziecku, żył podobno naprawdę. Lekarz i astrolog na dworze Zygmunta Augusta, zakolegowany z braćmi Mniszchami (ojcem i wujem Maryny Mniszczówny, późniejszej żony dwóch Dymitrów Samozwańców), pomógł im w skoku na królewską kasę. Oni stali się magnatami, on zaś bohaterem niezliczonej ilości legend, baśni i wierszy.
Sam Twardowski najwyraźniej nie za bardzo radził sobie w zdobywaniu przyjaciół i zjednywaniu sobie ludzi, gdyż po upływie stuleci, gdy już większość papierowych dowodów na jego istnienie zjadły myszy, jego czarna legenda miała się jak najlepiej.
Widać wielka musiała być siła ludzkiego strachu i nienawiści, skoro przetrwała tyle pokoleń. Sam Kraszewski był bowiem przekonany, że Twardowski to postać tylko legendarna, taka polska wersja Fausta.
"Mistrz Twardowski" jest kompilacją wielu wersji jego historii
krążących wśród wiejskich bab drących pierze i piastunek straszących dzieci. Kraszewski nadał tym różnym, często sprzecznym ze sobą wersjom spójną, logiczną i nienaganną artystycznie formę. Książka naprawdę robi wrażenie - niby to taka sobie bajeczka o świadomym, dobrowolnym i tajnym współpracowniku mocy piekielnych, a jednocześnie wylewa się z niej taki ładunek zła, że aż momentami robi się nieprzyjemnie.
Oprócz tego mamy w "Mistrzu..." dawkę teologii w wersji popularno-ludowej,ale nie powinno to dziwić, 130 lat temu, kiedy nie było TV, lud zapewne żył bogoiskatielstwem w dużo większym stopniu niż teraz.
Można go wreszcie czytać jako metaforę współpracy ze złem wszelakim. Twardowski kombinował, że powspółpracuje trochę z diabłem, wyciągnie z tego ile sie da dla siebie, postara się narobić jak najmniejszych szkód innym, po czym wykręci się sianem. Tyle, że w praktyce system, z którym zaczął współpracę miał przewidziane furtki na okoliczność kolaboracji także z takimi cwaniakami. I Twardowski zamiast się wykręcić, wsiąkał coraz głębiej.
Niby JIK nie żył w czasach totalitarnych, ale świetnie opisał mechanizm, który wykorzystany został potem np. przez służby specjalne oparte na donosicielstwie. Jak widać: formy ludzkiego uwikłania w ciemne sprawy się zmieniają, ale istota zjawiska zostaje bez zmian.
Drugie skojarzenie zawdzięczam zacofanemu w lekturze. Z komentarza pod notką o doktorze Mengele: "wykorzystał okazję stworzoną przez system, żeby realizować własne ambicje". No właśnie; Twardowski też był gotowy na wiele, żeby wznieść się na wyższy poziom wiedzy, albo raczej pseudowiedzy, gdyż mieszanie w tygielku kociej krwi z rtęcią trudno uznać za działanie naukowe. Skutki zastosowania jego "mądrości" też zazwyczaj okazywały się opłakane, choć raczej dla sfery duchowej jego "pacjentów". Do lektury jak zwykle zachęcam, a moimi skojarzeniami można się nie przejmować.
Ot, to zwykła bajka:).

poniedziałek, 11 lutego 2013

174. Zaklęta księżniczka

„Historia z tysiąca nocy”
Powieść „Na cmentarzu – na wulkanie” rozczarowała mnie tak okrutnie, że musiał upłynąć rok z okładem, zanim z oporami sięgnęłam po kolejne dzieło Józefa Ignacego Kraszewskiego. Zaraz opowiem, co z tego wynikło. Uprzedzę tylko, że Serafina ze swym dziennikiem  musiała niechętnie abdykować: teraz wśród moich ulubionych książek JIK-a króluje „Zaklęta księżniczka”. Na pewno nie jest bez wad. Autorowi można zarzucić chociażby wątpliwe prawdopodobieństwo opisywanych wydarzeń, które na ostatniej stronie sam z przekąsem nazywa „historią z tysiąca nocy”[1], ale według mnie naiwna bajkowość jest zamierzona, co zresztą podpowiada tytuł. Podobnie jak w „Dzienniku Serafiny” Kraszewski puszcza oko do czytelnika i robi to z dużym wdziękiem.

Najpierw zapraszam na seans deziluzji. Przewidziane są trzy punkty programu.
1. 
Srodze zawiodą się czytelnicy, którzy fukającego z oburzenia JIK-a skrzętnie wtłoczyli do schludnej szuflady z napisem Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. „Zaklęta księżniczka” nie tylko mocno trzyma w napięciu od początku do końca, ale budzi też silne wzruszenia. Przyznam się, że kiedy czytałam ostatnie strony powieści, łezka zakręciła mi się w oku, choć rozsądek pokrzykiwał „Co za ckliwy sentymentalizm!”.
2. 
Jeśli dotychczas uważaliście, że powieść Jean Webster „Tajemniczy opiekun” jest oryginalna, zmuszona jestem boleśnie odrzeć Was ze złudzeń. Dokładnie prześledziłam biografię amerykańskiej pisarki i Kraszewskiego w poszukiwaniu przecinających się ścieżek, ale nic z tego nie wynikło. Jedyny wspólny trop to znak zodiaku (Lew), ale to trochę za mało. „Zaklęta księżniczka” ukazała się drukiem w 1885 roku, natomiast „Tajemniczy opiekun” dwadzieścia siedem lat później. Co łączy te dwie powieści? Przede wszystkim pomysł na fabułę: na pensji dla panien przebywa dziewczyna, która nie wie, kto finansuje jej naukę i utrzymanie. W obydwóch przypadkach czytelnik dyszy żądzą rozwikłania zagadki, która zostaje wyjaśniona dopiero na samym końcu.
3. 
Wirtualny romans wynalazkiem ery internetu? Ależ skąd! Kraszewski po raz kolejny wyprzedził swoje czasy. Jego zakochani bohaterowie na początku oglądają się wyłącznie przez okno. Czymże jest  beznamiętny chłód szyby lub monitora wobec „elektryczności wzroku, magnetyzmu serca”[2]?! Plus ukradkowa wymiana liścików i rozpaczliwe starania, by spotkać się naprawdę. Kiedy marzenie się spełniło, „oboje z ciekawością dziecięcą i obawą badali siebie, lękając się czegoś niespodzianego, co by obraz stworzony przez wyobraźnię, w sercu wypieszczony, zaćmiło.”[3] JIK okazał się prekursorem e-miłości. 

Seans deziluzji to tylko jedna z kilku niespodzianek zaserwowanych przez Kraszewskiego. Autor zaprasza też czytelnika do gry. Fabuła „Zaklętej księżniczki” często przypominała partyjkę mariasza, bezika lub preferansa, choć próżno szukać w powieści bezpośrednich nawiązań do takich rozrywek. Moje skojarzenia z karcianymi postaciami są całkowicie subiektywne. Uprzedzam też o nierównych szansach: tylko JIK z góry wie, jaki będzie wynik, tylko on tasuje i rozdaje karty. Mimo wszystko na tę rozgrywkę warto poświęcić kilka godzin.
Oto pierwsze rozdanie:
Narcyz Borusławski, rozchwytywany prawnik, doktor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wprawdzie zamożny, ale żyje skromnie. Tylko on wie, kim jest tajemniczy sponsor urodziwej pensjonarki. Na pierwszy rzut oka wydaje się człowiekiem „wytrawnym, zimnym, milczącym”[4]. To tylko pozory. Poza tym „do ożenienia najmniejszej ochoty nie miał, a od kobiet unikał”[5].  Do czasu!
Tekla Sierocińska, piękne dziewczę dwudziestoletnie, powszechnie zwane księżniczką, „pełnych form, ładna i świeża blondynka, ze łzawymi niebieskimi oczyma”[6]. Melancholijna miłośniczka literatury. Nikt nic nie wie o jej pochodzeniu. Wszyscy podejrzewają, że jej rodzina opływa w bogactwa, herby i co najmniej hrabiowskie tytuły.
Marianna Rzepczakówna, rówieśniczka i jedyna przyjaciółka Tekli, panna odważna, bystra i energiczna: „spryt ognisty jej z oczów patrzał”[7], córka ubogiego szynkarza, co wstydliwie ukrywano na pensji. Widać wyraźnie, że samego autora okręciła wokół paluszka.
Emil Drażak pracuje w ministerstwie, a w wolnych chwilach z zapałem pisze dykcjonarz geograficzny i historyczny kraju[8]. Młodzian pracowity, szlachetny i odpowiedzialny.
Maks Rabsztyński, zblazowany i zniewieściały bawidamek, „aż do zbytku wykwintny i przesadnie bijący w oczy. Jaskrawa krawatka, wspaniała laska, breloki, fryzura… podwójna kamizelka i wyszywane buciki, oznaczać się zdawały zakochanie w sobie i zbytnią cześć dla własnych powabów”[9]. Jego zdaniem lekarstwo na finansowe tarapaty to majętna żona.

Oczywiście występują też liczne blotki, w tym wiele zabawnych postaci, odmalowanych przez Kraszewskiego z kąśliwym poczuciem humoru. I najważniejsze: w powieści natkniecie się na...

która na końcu okaże się...

Dla tych graczy, którzy zasiądą do obitego zielonym suknem stolika z panem Kraszewskim nie po raz pierwszy, wartość poszczególnych kart, zasady gry i jej przebieg będą dość oczywiste, ale zapewniam, że finał to spora niespodzianka. Początkujących zachęcam do rozegrania tej pasjonującej partyjki. Przypuszczam, że na jednym razie się nie skończy.
__________________
[1] Józef Ignacy Kraszewski, „Zaklęta księżniczka”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1958, s. 179
[2] Tamże,  s. 15.
[3] Tamże,  s. 150.
[4] Tamże, s. 6.
[5] Tamże, s. 6.
[6] Tamże, s. 27.
[7] Tamże, s. 36.
[8] Tamże, s. 78.
[9] Tamże, s. 16.
Moja ocena: 4+
Portret Józefa Ignacego Kraszewskiego,
mal. R. Jatkievič.

czwartek, 24 stycznia 2013

173. Bez serca

 
 Recenzja autorstwa be.el. Bardzo dziękujemy za udostępnienie:).

Piszę szybką recenzję, bowiem przyznaję się do przetrzymania książki z biblioteki. Rzadko mi się to zdarza, ale ostatnio tyle spraw na głowie. W razie potrzeby chcę jeszcze choć na krótko zajrzeć do książki, by sprawdzić pewne fakty, pisownię. Ważne spostrzeżenie – nawet nie przypuszczałam, że ta powieść  tak mnie wciągnie. Stary dobry Kraszewski, na którego nie mam nigdy czasu, bo trzeba czytać, albo wypada czytać, nowości. Tymczasem tutaj – sprawnie skrojona fabuła, która jest gotowym materiałem na film. Zawiera ponoć wątki biograficzne, bowiem stary Kraszewski zakochał się w pewnej młódce, a ta dała mu kosza. Nie tak od razu – panna zwodziła go, mamiła, wykorzystywała, a on dał się na te jej gierki nabrać. Zemsta była okropna – Kraszewski napisał książkę o rozpieszczonej, egoistycznej pułkownikównie Rolinie, której życiowym celem był dobry ożenek, tytuł i bogactwo. To nic, że inni dla niej umierali, wariowali, zaniedbywali swoje obowiązki i najbliższych. Panna bez skrupułów bawiła się ludźmi, wodziła ich za nosy i z sadystyczną uciechą przydeptywała swoim zgrabnym malutkim pantofelkiem. Druga strona nie pozostaje bez winy. Czytając nie sposób się nie uśmiechnąć pod nosem: rzuca się w oczy głupota i naiwność – tych drugich. Może mężczyznom faktycznie tak trudno rozpracować kobiecą taktykę? I mimo, że w tle pojawiają się XIX – wieczny Wiedeń, Berlin  i kurorty dla bogaczy, to można wiele znaleźć tu aktualnych odniesień do natury ludzkiej, która mimo upływu czasu tak naprawdę niewiele się zmienia. Świetna obserwacja życia społecznego, panujących konwenansów i mód. 
Myślę, że za jakiś czas znów sięgnę po Kraszewskiego.,
Wydawnictwo Unia Wydawnicza Verum (rok wydania 1995)

wtorek, 22 stycznia 2013

172. Lalki. Sceny przedślubne


W blasku politury i szlifowanych pazurków
Być może patrząc na powyższą okładkę ze zdumieniem przecieracie oczy, doszukując się błędu w tytule lub nazwisku autora. Żart Izy (Filety z Izydora), która zapytała mnie, czy "Lalki" Kraszewskiego to atak klonów panny Łęckiej, rozbawił mnie ogromnie, a jednocześnie uświadomił, że nie tylko ja zakładałam wtórność pomysłu Kraszewskiego.

Tymczasem po raz kolejny autor "Starej baśni" wymyka się z przegródki dla epigonów.  Okazuje się, że zaczął pisać "Lalki" w roku 1873, a wydał rok później. Kiedy ukazała się ta powieść, Prus miał 26 lat. Pierwszy odcinek jego "Lalki" opublikowano 29 września 1887 roku, trzynaście lat po wydaniu książki Kraszewskiego. Oczywiście nie sugeruję plagiatu tytułu, nie wiem też, czy Prus w ogóle czytywał Kraszewskiego, ale widać wyraźnie, że nie mamy o autorze "Hrabiny Cosel" najlepszego mniemania. Podobnie sytuacja wygląda z "Krzyżakami". Sienkiewicz - rok 1900, Kraszewski - rok 1883. Motto "Lalek" to sentencja "Między ustami a brzegiem pucharu wiele się zdarza", co z kolei przypomina wiekopomne dzieło Rodziewiczówny (dla porządku: rok 1890).

Będę pracować nad swoją teorią spiskową pod hasłem "My z niego wszyscy!" i na bieżąco Was powiadamiać  o nowych odkryciach. Tymczasem zajmijmy się "Lalkami". Niestety, "Dziennik Serafiny", który powstał tylko trzy lata później, pozostawia je daleko w tyle. Powieść jest słabsza, chwilami nudna i przegadana. Moim zdaniem fabuła leży i żałośnie kwili. Bohaterowie najczęściej snują się bezczynnie, prowadząc nużące rozmowy. Mimo to Kraszewski w "Lalkach" kilka razy błyska szlifowanym literackim pazurkiem. Zwłaszcza na początku i w zakończeniu, lapidarnym i tak skondensowanym, że dwie ostatnie strony wręcz kipią od emocji. Podobały mi się też opisy wnętrz, którymi cieszyć się w pełni nauczył mnie monsieur Balzac. Z przyjemnością wyłapywałam też różne smaczki. Dowiedziałam się na przykład, że lawendową wódką kadzono sionkę i pokoje dla odświeżenia zapachu .

"Lalki" to powieść obyczajowa o bardzo wyraźnym przesłaniu. Autor dość bezwzględnie krytykuje i ośmiesza ówczesną młodzież. Potępia też zwyczaj oddawania dzieci na wychowanie do bogatszych krewnych, którzy wprawdzie zapisują im spadki, otaczają zbytkiem, obwożą po Europie, ale jednocześnie wydziedziczają z rodzinnych korzeni i prowokują do ukrywania prawdy o sobie. 

Kraszewski znowu bezkompromisowo ośmiesza współczesną obyczajowość: małżeństwa bez miłości, upadek ideałów, cynizm. Podobnie jak w "Dzienniku Serafiny" nie przedstawia swoich poglądów wprost, tylko na zasadzie antytezy: losy bohaterów ilustrują jak być nie powinno. Tym razem dostajemy instrukcje na temat: jak nie należy wychowywać chłopców i jak nie powinno się zawierać małżeństw. Na szczęście autor nie popada w totalny pesymizm. Jeden z bohaterów stwierdza: "Wielki świat [...]obfituje wprawdzie w świecące lalki i ludzi tak upoliturowanych, że spod politury nie widać, z jakiego są drzewa, ale znajdują się wśród niego ludzie wykształceni, poważni i tworzący sobie w życiu zadania, które spełniają". [1] Jest w tych słowach dużo prawdy, wykraczającej znacznie poza wiek dziewiętnasty.

Powieść, jak sugeruje jej podtytuł, osnuta jest wokół planów matrymonialnych. Z woli bogatego wuja na ślubnym kobiercu stanąć mają Roman Zebrzydowski z baronówną Lolą Wilmshofen. Przyszły narzeczony to dwudziestoletni efeb, którego wziął na na wychowanie zamożny krewniak, Filip Zebrzydowski. Dworek zubożałych rodziców w Uściu nad Bugiem młodzian odwiedza okazjonalnie. Z matką i ojcem nie łączy go prawie nic. Roman pod powabną powierzchownością i wykwintnym strojem kryje bowiem ziejącą pustkę.

Kraszewski pastwi się na chłopięciu niemiłosiernie i zajadle wyszydza jego zniewieściałość. Młody człowiek zwykle mówi po cichu, rumieniąc się, "spuszczając oczy na śliczne swe białe, długie, szlifowane pazurki"[2]. Tak wygląda natomiast jego bagaż podróżny: "mnóstwo tajemniczych narzędzi, flaszek, szczotek, woreczków, pudełeczek i skrzyneczek. [...] Dwanaście flaszek perfum różnych, wód do zębów, do twarzy, kilka gąbek różnego kalibru, ręczniki twarde i mięsiste, cienkie i delikatne, na ostatek pudełko różnych guzików i kolekcja szpilek zaświeciły symetrycznie ułożone na stole. Za tymi poszło wydobywanie ubrań wieczornych i rannych, czapeczek, fezów, szlafroków, pantofli ciepłych i zimowych..."[3] Roman doskonale czuje się w świecie konwenansów, poza tym "opinia świata obchodzi go wielce"[4]. Okazuje się jedną z tytułowych lalek, niezdolnych do uczuć, postępujących pod dyktando towarzyskich form.

Lola Wilmshofen też nie budzi sympatii swoją wieczną melancholią, opryskliwością, przyziemnością. Odnoszę wrażenie, że płeć piękna nie jest szczególnie wysoko notowana u Kraszewskiego. Może spadek poczytności jego książek wiąże się z tym, że zbulwersowane panie bibliotekarki na znak protestu chowały jego powieści na zapleczu? Jeden z bohaterów, Bończa, tak oto wyjaśnia brak miłości we współczesnym świecie: "panie nie umiecie w nas tchnąć tego uczucia i same jesteście lodem i chłodem. Cóż dziwnego, że miłość znikła. Nie myśmy jej źródła wysuszyli... " [5]

Sportretowane przez Kraszewskiego kobiety mają poglądy jak na owe czasy dość rewolucyjne. Lola przedstawia swoje wymagania wobec przyszłego małżonka: "I to jeszcze dodać muszę [...], że jestem charakteru energicznego, że niełatwo daję rozkazywać sobie, że przemoc mnie oburza i że w małżeństwie niepodległą chcę pozostać. Wolę, żebyś to pan wiedział wcześnie."[6] Podobnie jak Serafina podchodzą do życia tyleż pragmatycznie, co bezdusznie. Przyjaciółka Loli, Herma, woła z oburzeniem: "Gdzież to kto widział na świecie, aby prawdziwa miłość z małżeństwem w parze chodziła i długo się w nim utrzymać mogła! Ale nie ma na kuli ziemskiej dwóch ze sobą sprzeczniejszych rzeczy!"[7] Tematy matrymonialne nie budzą w Loli najmniejszych wzruszeń: "gdybyż pan udawał zakochanego, a ja wzajemną, to dopiero byłoby prawdziwie śmiesznym." [8]

Tymczasem do gry wkracza drugi konkurent. Kuzyn Loli, Adolf Nieczujski. Autor dobrał mu nazwisko na zasadzie kontrastu. Otóż Adolf jest jedną z niewielu osób, które w tej powieści cokolwiek czują. Nawiasem mówiąc jestem pod wrażeniem onomastycznych talentów pisarza - jedna z bohaterek nazywa się Hermancja z Fiflów Grzegorska! Wracając do Adolfa, młody człowiek wyróżnia się rozsądkiem, spokojem. daleko mu do wykwintności Romana, jest pod wieloma względami jego przeciwieństwem. Lola darzy go dużą sympatią.  Proszę, nie liczcie na to, że zdradzę, jaką decyzję podejmie strapione dziewczę. Podobnie jak w "Dzienniku Serafiny" zakończenie nie jest do końca takie, jakiego się spodziewamy, biorąc pod uwagę romansową formę powieści. Najwyraźniej mocne finały są specjalnością pisarza.

Tytułowe "Lalki" to ludzie zaludniający karty tej powieści, ze szczególnym uwzględnieniem dwójki bohaterów głównych. Lolka nazywana była przez ciocię Nieczujską też "Lalką" i "Laleczką", i tak można tłumaczyć sobie tytuł, ale Kraszewski schodzi głębiej. Przyszli małżonkowie są jak piękne lalki, puste w środku, pozbawione duszy. Porównać ich też można do marionetek, poruszanych szarpnięciami mód, form i konwenansów. Tak Romana opisuje jego ojciec, pan chorąży Zachariasz Zebrzydowski: "lalka, istotnie lalka... Na woskowanej posadzce ją postawić i uperfumowaną admirować, ale czy to mąż, czy to mężczyzna, czy to człek zbrojny na losu wypadki? [...] Boże odpuść! lalka! lalka!"[9] Podobnym wartościom hołdują przyjaciele pary bohaterów, Cherubin i Herma. Brzmieniowa zbieżność imion na pewno nie jest przypadkowa.

Pod względem językowym lektura tej książki to były wspaniałe żniwa. Mam kolejny zestaw słów do adopcji (wyjaśnienia pod koniec tej recenzji) i będzie mi bardzo miło, jeśli któreś znajdą u Was wikt i opierunek.

ekscytarz 
prozapia 
komosić się 
tyftyk
rajtrok
egzorta
absentować się
kocz
smakowny (o ubiorze)
kokosz
dalipan
boleśna
dzień upłyniony
gumienny
żałośliwie
bohdanka
świeżo spanoszone rodziny

W "Lalkach" pojawiły się też wyrażenia, które w roku 1873 rozumiano trochę inaczej:
puścić bąka - rozpuścić plotkę
wytwór - wytworność
z wielką serią - bardzo poważnie
popełnić nieforemność - popełnić nietakt
zaanimowany - ożywiony (Gwoli ścisłości w tekście jest zaanimowany improwizowanym ponczykiem.)

Być może to poważna jednostka chorobowa, ale dzieje się ze mną coś takiego, że czytając zdania typu: "Stadnina powracała z paszy mimo wrót dworu"[10], uśmiecham się ze szczęścia od ucha do ucha. 
________
[1]Józef Ignacy Kraszewski, "Lalki: Sceny przedślubne", Wydawnictwo Literackie, 1988, s. 131.
[2] Tamże, s. 17. 
[3] Tamże, s. 16.
[4] Tamże, s. 51.
[5] Tamże, s. 63.
[6] Tamże, s. 51. 
[7] Tamże, s. 63.
[8] Tamże, s. 51. 
[9] Tamże, s. 9.
[10] Tamże, s.10.

Moja ocena: 3+

Recenzja z 5 czerwca 2011 roku.