niedziela, 22 lipca 2012

132. Zygmuntowskie czasy

Wiadomym czynimy, lubo i przypominamy tym, co sprawy znajomość mają, że za dni kilka, 28 dnia miesiąca lipca, w sam dzień św. Wiktora papieża obchodzić będziem 200 rocznicę urodzin wielkiego luminarza polskiej literatury Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Rok już prawie mija jak zacne grono Ichmości i Ichmościów zebrawszy się radziło jak ów dzień uroczysty uczcić i naszego czcigodnego jubilata, któren zapewne z ukontentowaniem na nas spogląda z którejś niebieskiej połaci godnie uhonorować. Debaty nie trwały długo i ustalono co następuje: aby uczcić wielkiego człowieka z piórem w ręku na chleb w pocie czoła pracującego będziem czytać owo co jego umysł stworzył a pewna ręka na papier przelała. Jako, że autor nadzwyczaj pracowity był to bez wielkiego trudu będziem mogli owych ksiąg przeczytać tyle ile lat by sobie on sam liczył, gdyby dobry Ojciec nasz niebieski zezwolił mu bytować na ziemi na wzór biblijnego Matuzalema.
Zacne grono, wśród którego i moja niegodna osoba sie znalazła zabrało się powziętą uchwałę spełniać, czego dowody w specjalnym dokumencie znaleźć można.

Jako, że od najmłodszych lat wielcem ciekawa była przeszłych dziejów naszych umyśliłam sobie poznać te księgi naszego Jubilata, które o tem temacie traktowały, rojąc sobie, że uda mi sie w przeciągu roku przeczytać ich dwadzieścia i dziewięć. I pewnie by się udało, gdyby nie rozmaite utrapienia i kłody przez los pod nogi rzucane - już to niemożność dostania niektórych dzieł, już to choróbska rodzinę nękające, już  to rozmaite terminy, które każdy z pracy rąk własnych sie utrzymujący z własnego doświadczenia poznał. Z ksiąg zaplanowanych przeczytałam 20, kolejna w domostwie moim się znajduje, ale waga jej tak wielka, że mocą żadną w tych dniach zapoznać się z nią nie dam rady...

Aliści kiedym przy okazji zapełniania nowych półek w bibliotece poupychane w najróżniejszych kątach domu foliały wyciągać zaczęła, odnalazło się ksiąg Kraszewskiego kilka którem jako dziecię nieletnie lubo dorastające dziewczę czytała, a które nieco już zapomniane pamięci mojej powrócić postanowiłam. Zebrało sie tych historii przedziwnych siedem i tak myśl nowa w głowie mojej powstała, aby ostatni tydzień oczekiwania na jubileusz uczcić opisaniem tych dawnych lektur.
 Zaczynajmy więc...

*************************************************************************

Działo sie to w końcowych miesiącach panowania Zygmunta Augusta, ostatniego władcy z rodu Jagiellonów. Do stołecznego miasta Krakowa przybyło dnia jednego młodziutkie chłopię - Maciek Skowronek, ubogi sierota, któren nie bardzo wiedząc co ze sobą ma czynić, a spotkawszy żaczków krakowskich wpisał sie na uniwersytet. Jednak kariera naukowa nie była mu pisana, bo choć samotny i ubogi wzbudzał przecie ciekawość niezwykłą kilku osób - starego szlachcica z Rusi, Żyda Hangolda, któren kampsorem był u żaków (udzielał potrzebującym studentom pożyczki na procent), tajemniczej żebraczki Agaty czy dworzan jednego ze wschodnich książątek. Jedni interesowali się Maćkiem z dobroci sera, jednakowoż byli i tacy, którzy szykowali mu zgubę. 
 Kimże jest ów młodzieniaszek, kim jego rodzice, o których on sam nic pewnego nie wie, a ma jedynie gdzieś w pamięci obraz matki i szczęśliwego, choć krótkiego dzieciństwa? Dla kogo stanowi tak wielkie zagrożenie, że nie waha się ów wróg ukryty nastawać na jego młode życie? I któż w ostatecznej rozgrywce zwycięży - obrońcy Maćka czy jego prześladowcy?

Opinia już współczesną polszczyzną będzie, bo z tą stylizacją to strasznie długo schodzi;)

"Zygmuntowskie czasy" to powieść przygodowa, jednak Kraszewski nie byłby sobą gdyby nie wrzucił do niej opisów obyczajowych. I tak Maciek wpada w coraz to nowe kłopoty z których udaje mu się wyjść cało dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności lub też pomocy przyjaciół, dowiaduje się kim jest i kto czyha na jego życie jak również udaje mu się powrócić na łono rodziny. Wszystko to dzieje sie w XVI-wiecznym Krakowie - autor maluje przed nami akademię, obyczaje żaków, życie codzienne mieszczan, bractwo żebracze a i do domu bogatego Żyda możemy zajrzeć. 
Akcja powieści przenosi nas również w  inne miejsca - do zamku w Knyszynie, gdzie Zygmunt August ostatnich chwil dożywa, otoczony czarownicami, dworakami, sokołami (tak nazywał swoje... hmm... przyjaciółki), którzy na wszelkie sposoby starają sie jak najwięcej wydrzeć dla siebie, do Wilna, które w tamtym okresie niemal zupełnie wyludnione było po przejściu zarazy, na Podole i do Turcji, gdzie jeden z bohaterów przez lat kilkanaście przebywał w niewoli. 
A i bohaterowie nadzwyczaj różnorodni są - żacy, mieszczanie, magnaci, szlachta uboga, duchowieństwo - cały przekrój ówczesnego społeczeństwa ukazał Kraszewski w tej powieści.

Wydaje mi się, że to jedna z lepszych powieści Kraszewskiego - szybka akcja, ciekawie zarysowane postacie, plastyczne opisy sprawiają, że nie chce się jej odkładać na półkę tylko niecierpliwie czytać co dalej będzie z Maćkiem sierotą.

czwartek, 19 lipca 2012

131. Męczennicy: Marynka

W ubogim litewskim dworku o nazwie Berezówka mieszkała pani Adela ze swoim drugim mężem - nieznośnym leniem, utracjuszem i egoistą, oraz z piętnastoletnią córką Marynką. Marynka bardzo lubiła śpiewać. Pewnego razu, gdy pląsała wśród polnych kwiatów i nuciła ludową piosenkę, przejeżdżał drogą pan Volant, wielki impresario. Przystanął, zasłuchał się, wpadł w zachwyt. Od razu zrozumiał, że znalazł skarb, że jeśli pokaże tę dziewczynkę w teatrze, uzyska sławę i bogactwo. Trzeba tylko nakłonić matkę Marynki do podpisania kontraktu.

Pani Adela oraz jej brat, ksiądz Kalikst, nie ucieszyli się z propozycji sławnego gościa. Uważali, że w wielkim mieście Marynka nie zaznałaby szczęścia, poza tym teatr to siedlisko zepsucia, a śpiewaczki są osobami niemoralnymi.

Jednak w końcu Marynka trafiła do Warszawy i rozpoczęła ćwiczenia śpiewu. Większa część powieści to opis nauk dziewczyny oraz intryg w środowisku teatralnym. Osoby poznane przez bohaterkę to m.in. maestro Scarlatti, śpiewaczka Laura Lacerti, baron Percival, pani Ildefonsa Krzewska. Ludzie skupieni wokół teatru są na ogół bardzo źli, mściwi, pozbawieni skrupułów, dwulicowi. Intrygują, plotkują, zazdroszczą. Bohaterowie pozytywni charakteryzują się naiwnością, nie umieją przeciwstawić się czarnym charakterom, nie mają siły przebicia, często umierają. 

Marynkę, w przeciwieństwie do innych kobiecych postaci wymyślonych przez Kraszewskiego, trudno nazwać pięknością. To dosyć pospolite dziewczę, mające rumianą twarzyczkę "pogniecioną kapryśnie"[1], opaloną szyję, niezbyt piękną sylwetkę. "Wydawała się jakimś wielkim kopciuszkiem... nic więcej..."[2] - charakteryzuje ją narrator. Jedyne piękno Marynki to słowiczy głos.

Kraszewski wykazał wiele inwencji w wymyślaniu powieściowej intrygi, a bohaterów przedstawił z humorem i złośliwością. O impresariu Volancie napisał, że w dzieciństwie "gęsiom służył za mentora"[3]. Prawda, że to o wiele ładniej brzmi, niż "pasał gęsi"?

W książce "Męczennicy: Marynka" dostrzegam wiele słabych punktów. Wieś została wyidealizowana, zaś miasto ukazane jako miejsce złe, wypełnione dusznymi wyziewami i niezdrowym powietrzem, pełne wykolejonych ludzi. Nie udało się Kraszewskiemu przedstawić warszawskiego teatru w sposób barwny i przekonujący. Powinien wprowadzić do powieści więcej doświadczonych śpiewaczek, a nie tylko jedną Laurę. Zbyt wielu bohaterów uśmiercił. Na utalentowaną wiejską dziewczynę wysypał cały worek najrozmaitszych nieszczęść, przez co powieść wpędza czytelnika w przygnębienie.

----
[1] Kraszewski Józef Ignacy, "Męczennicy; Marynka", Wydawnictwo Literackie, 1966, str. 7.
[2] Tamże, str. 7.
[3] Tamże, str. 38.

niedziela, 15 lipca 2012

130. Czercza Mogiła

"Czercza Mogiła" Kraszewskiego to krótki utwór o nieco niesamowitym klimacie. Rozpoczyna się wstępem, w którym wychwalane są litewskie ziemie: "Nigdzie tylu krzyżów, tyle kalwaryj i Męk Pańskich nie ma co na Litwie, nigdzie tyle u źródła kapliczek i figur na rozstajach"[1]. Narrator zapewnia, że nie zadrości Szwajcarom gór, a neapolitańczykom zatoki, bo najpiękniejsze widoki świata znajdują się na Litwie.

Potem następuje akcja właściwa. Pewnego upalnego dnia narrator polnymi drogami podążał w stronę Pińska. Nagle stało się nieszczęście: "Mostek się pode mną załamał, konie się pozapadały, powóz się popsuł"[2]. Po jakimś czasie podróżny spotkał Pawła Żużla, dziwnego człowieka o wyglądzie żebraka. Żużel, który był kiedyś ekonomem u pana Samuela Hawnula, dziedzica Krasnego, opowiedział niezwykłą historię.

Hawnul przybył w te strony nie wiadomo skąd. Ukrywał jakieś mroczne tajemnice, nie chciał nawiązywać kontaktów z okoliczną szlachtą, nie znał się też na gospodarce: "Bąki strzelał w dyspozycjach takie, że czasem Żużlowi, gdyby nie repekt, rozśmiać by się zachciało"[3].

Wkrótce między Hawnulem a sąsiadem Stefanem Wilczurą doszło do sporu o kawałek ziemi położony na granicy majątku. Aby rozstrzygnąć spór, należało rozkopać kopiec graniczny i sprawdzić, czy to zwyczajny kopiec, czy też mogiła. Wilczura twierdził, że w miejscu tym przed dwustu laty pochowane zostały pokawałkowane zwłoki niejakiego Polikarpa Huńcewicza (ze względu na rozległość okaleczeń i niekompletność ciała ksiądz nie pozwolił złożyć zmarłego na cmentarzu). Hawnul natomiast uważał, że nawet jeśli w ziemi leżały kiedyś zwłoki, to i tak w ciągu dwustu lat uległy one rozkładowi i Wilczura przegra w sądzie, bo nie zdoła udowodnić, że kopiec był mogiłą.

Czy warto rozkopywać miejsca, w których mogą spoczywać zmarli? Co stało się z Hawnulem, jakie tajemnice ukrywał? Dlaczego dwór w Krasnej jest opuszczony, a w pobliskiej kapliczce stoi trumna?

Odludne miejsca, opuszczony dom, tajemniczość... "Czercza Mogiła" to ciekawa opowieść z dreszczykiem. Przeczytałam ją z o wiele większym zainteresowaniem niż "Pod Blachą" czy też "W starym piecu".

---
[1] Kraszewski Józef Ignacy, "Czercza Mogiła", Wydawnictwo Lubelskie, 1991, str. 7.
[2] Tamże, str. 9.
[3] Tamże, str. 19.

środa, 20 czerwca 2012

129. Dzieje Polski. Tom XX - "Dwie królowe"

Gdyby mnie ktoś zapytał, którą z naszych władczyń uważam za najwybitniejszą to na 99% (zawsze trzeba zostawiać jakiś margines) wybrałabym drugą żonę króla Zygmunta Starego - Bonę. Co prawda wśród współczesnych nie miała, oględnie mówiąc, zbyt dobrej opinii, kolejne pokolenia nie pozostawiały na niej suchej nitki i dopiero całkiem niedawno została doceniona i zrehabilitowana. Bona znacznie wyrastała nad czasy w których przyszło jej żyć, jej gospodarność przeszła wręcz do legendy, starała się wzmocnić władzę królewską, co przysporzyło jej tłumy wrogów wśród szlachty oraz, a może przede wszystkim, była zdeklarowanym wrogiem Habsburgów i Hohenzollernów, jakby przeczuwając, że z ich strony będzie kiedyś groziło Polsce ogromne niebezpieczeństwo.

Jako, że Bona przez kilka dziesięcioleci miała ogromny wpływ na to co się działo w Polsce nie mogło jej zabraknąć wśród bohaterów historycznego cyklu Kraszewskiego. I w istocie jest ona jedną z tytułowych postaci powieści "Dwie królowe". Druga wymieniona w tytule królowa to pierwsza synowa Bony,  Elżbieta Habsburżanka, zaś akcja powieści obejmuje lata 1543 - 1545, czyli okres jej małżeństwa z Zygmuntem Augustem.
Małżeństwo to było zaplanowane wiele lat wcześniej, kiedy Zygmunt i Elżbieta byli jeszcze dziećmi i od początku stanowiło zarzewie konfliktu pomiędzy stronnikami Bony i Zygmunta Starego. Wygrała opcja prohabsburska i królowa musiała się pogodzić z zaistniałymi faktami. Nie znaczy to jednak, że zupełnie odpuściła i spoczęła na laurach. Ze wszystkich sił stara się nie dopuścić do zacieśnienia więzów pomiędzy młodymi małżonkami, posuwa się do tego, że patronuje romansowi syna z jedną ze swoich dwórek, piękną Dżemmą. Synowej okazuje jawne lekceważenie, uprzykrza jej życie mniejszymi i większymi złośliwościami, nie bacząc, że wszystko to odbija się na jej najstarszej córce Izabeli, królowej Węgier. Jeżeli dodać do tego, że Elżbieta to młoda, zahukana i poważnie chora dziewczyna to jasnym się staje, że Bona jest na najlepszej drodze do osiągnięcia swoich celów. I pomimo, że wcześniej była przeciwna wysłaniu Zygmunta Augusta na Litwę, teraz popiera ten projekt z całych sił - wszak odległość między Krakowem, w którym zostaje Elżbieta, a Wilnem gdzie ma zamieszkać młody król jest najlepszą gwarancją na to, że młodzi się, kolokwialnie mówiąc, nie dogadają...
Na tle wydarzeń historycznych maluje Kraszewski jeszcze jedną romansową historię - w Dżemmie zakochany jest jeden z dworzan królewskich Petrek Dudycz. Zdaje on sobie sprawę z tego, że z Augustem nie ma żadnych szans, ale przewiduje, że romans królewski nie będzie trwał wiecznie, a wtedy on będzie mógł zdobyć piękną Włoszkę.

Po raz kolejny przy okazji tej powieści muszę skrytykować Kraszewskiego za stronniczość. Przedstawia bowiem Elżbietę i Bonę jako anioła i potwora a portrety tych dwóch kobiet są skomponowane na zasadzie skrajności. Wydawać by sie mogło, że w czasach kiedy Kraszewski pisał swoją powieść, kiedy Polska znajdowała się pod zaborami, Bona powinna być jedną z bardziej pozytywnych postaci - przecież na ponad 200 lat przed pierwszym rozbiorem przekonywała do walki ze wpływami Habsburgów, była zwolenniczką całkowitej likwidacji państwa zakonnego, sprzeciwiała się tworzeniu Prus Książęcych - że wspomnę o jej najważniejszych politycznych przekonaniach. A tymczasem JIK ukazuje nam jakąś megierę, furiatkę, zaślepioną gniewem, zachowującą się wręcz prostacko - jednym słowem koszmarne babsko...

Jakby nie było książkę czyta się z przyjemnością - to jedna z ciekawszych pozycji cyklu "Dzieje Polski".

wtorek, 5 czerwca 2012

128. Dzieje Polski. Tom XIX - "Jaszka Orfanem zwanego żywota i spraw pamiętnik"

Nie sądziłam, że kiedykolwiek coś takiego napiszę, ale stało się - wynudził mnie Kraszewski jak mało kto... Oczywiście nie chodzi tu o ogół jego twórczości, ale o jeden tom, który męczyłam w ciągu ostatnich kilku tygodni.

To konkretne dzieło nosi tytuł "Jaszka Orfanem zwanego żywota i spraw pamiętnik" i opowiada o czasach panowania Kazimierza Jagiellńczyka oraz jego dwóch synów Jana Olbrachta i Aleksandra. Głównym bohaterem a zarazem narratorem (w końcu jest to pamiętnik) jest dworzanin królewski Jaszko, którego z racji sieroctwa w młodości nazwano Orfanem (w języku łacińskim słowo to oznaczało sierotę właśnie, dosłownie "bez ojca") i taki przydomek pozostał mu już na całe życie. Jaszko pochodzi z Wilna, wychowywał się w domu Gajdysa, książęcego stajennego, jednak wiedział, że to nie są jego rodzice. Co więcej w pamięci ma obraz pięknej kobiety, swojej matki i jego największym pragnieniem jest odnalezienie rodziców, pomimo, że całe dorosłe otoczenie dosyć stanowczo odradza mu czynienie jakichkolwiek wysiłków w tym kierunku. Ktoś jednak czuwa nad chłopcem, któremu oprócz utrzymania w domu przybranych rodziców zapewniona została edukacja, zaś po objęciu przez Kazimierza Jagiellończyka tronu polskiego chłopiec wyjeżdża do Krakowa, gdzie kontynuuje naukę w Akademii Krakowskiej a następnie zostaje przyjęty w poczet sług królewskich. Jego oczyma widzimy najważniejsze wydarzenia jakie miały miejsce w Krakowie w tamtym okresie (np. zamordowanie Jędrzeja Tęczyńskiego przez mieszczan krakowskich czy spór pomiędzy królem a kapitułą na temat obsadzania wakujących biskupstw), spotykamy również wiele znaczących postaci tamtego okresu - znanych z poprzednich części cyklu kardynała Zbigniewa Oleśnickiego czy biskupa Grzegorza z Sanoka ale również Jana Kantego, Macieja Miechowitę czy kanclerza Jana Lutka z Brzezia. Możemy też prześledzić proces zwiększania uprawnień szlachty i tworzenia się polskiej monarchii parlamentarnej - wszak pierwszy sejm walny w skład którego wchodził Senat i izba poselska miał miejsce za panowania Jana Olbrachta w 1493 roku.
Głównym jednak tematem tego bardzo obszernego utworu jest poszukiwanie rodziców przez Jaszka i przeróżne komplikacje w które wpada on przy okazji tych działań, bowiem rodzice raczej nie po to oddali go na wychowanie obcym ludziom aby teraz się ujawniać. Mamy więc porwania, ucieczki, pościgi i cudowne zbiegi okoliczności czyli to co autorzy umieszczają zazwyczaj w powieściach przygodowych. 

Dlaczego więc powieść mi się niemożliie dłużyła? Chyba ze względu na głównego bohatera - Jaszko, skądinąd dosyć rozgarnięty młody człowiek w pewnych momentach swojego życia wykazuje się nieogarniętą wręcz tępotą. Przykładowo w czasie podróży z Wilna do Krakowa, w przydrożnej karczmie spotyka orszak kobiety, w której rozpoznaje swoją matkę (pamięta ją bowiem, dosyć mgliście, z Wilna) i dowiaduje się jak się nazywa, czyją jest żoną i gdzie mieszka. A następnie jakby nigdy nic rozpacza, że nic o swoich rodzicach nie wie. Dalej, będąc już na dworze krakowskim poznaje historię pewnego romansu, który miał miejsce  Wilnie, a którego heroiną była jego matka, poznaje personalia jej kochanka a także dowiaduje się, że z tego związku urodził się syn - średniointeligentny młodzian dodałby sobie jedno do drugiego i miałby odpowiedź na nurtujące go pytania na temat własnego pochodzenia. Tymczasem Jaszko biadoli, wygląda boskiej pomocy a zupełnie wyłącza myślenie i robi z siebie popisowego nieudacznika... 
Tak, że moim skromnym zdaniem,  tym razem JIK zmarnował ogromny potencjał kryjący się w pomyśle na tę powieść. A szkoda...

niedziela, 3 czerwca 2012

127. Poeta i świat

Józef Ignacy Kraszewski, Poeta i świat, Universitas 2002.

Gustaw, sierota wychowywany przez wujostwo, doznał w dzieciństwie poetyckiego przebudzenia. Nieszczęśnik, a mógł, tak jak jego kuzyn Franio, polować i podszczypywać służące. Ale nie – wzniosła natura Gustawa nie znosi nic tak przyziemnego. Pusta kuzyneczka Marynia wydaje mu się aniołem, w którym oczywiście zakochuje się na zabój. Niestety, z powodu nie swoich grzechów Gustaw musi wynieść się z domu wuja i ciotki, zamieszkać w Wilnie i tam zdobyć wykształcenie i pracę. Wielbiciel sielskiego życia wiejskiego i natury przeżywa prawdziwy wstrząs. Miasto jest jego zdaniem plugawym wynalazkiem, tamtejsi ludzie gonią za pieniądzem, kobiety za strojami, nawet Bóg w miejskich kościołach inny jest niż na wsi. Rozczarowują go też rówieśnicy, pozbawieni ideałów, hulacy, wydrwigrosze i rozpustnicy. Gustaw próbuje znaleźć dla siebie drogę życiową – ale każdy wybór kierunku studiów okazuje się błędem, żaden go nie zadowala, żaden nie jest odpowiedni dla jego wrażliwej duszy. Klepie biedę, żyjąc z udzielania lekcji, gdy niespodziewanie dzięki dobremu uczynkowi, jakiego dokonał, jego życia ulega radykalnej zmianie.
„Poeta i świat” to młodzieńcza powieść Kraszewskiego (wydana w 1839 roku) i obarczona wszystkimi słabościami niewykształconego jeszcze talentu i manierą epoki. Fabuła jest niechlujnie sklecona, bohaterowie stereotypowi, a język pretensjonalny. Próżno tu szukać celnych charakterystyk postaci (najlepiej wypadają opisy prowincjonalnych pseudoliteratów), aczkolwiek w kilku scenach rodzajowych daje się wyczuć przebłysk przyszłych osiągnięć pisarza. Dialogi są drewniane, a już rozmowy zakochanych przyprawiają o ból zębów. Co gorsza, Kraszewski uczynił ze swej książki utwór programowy, zawierając w niej nieskończoną liczbę niekończących się tyrad: a to o duszy ludzkiej, a to o kontraście między miastem a wsią. O miłości, o tym, jak studiowanie medycyny odbiera człowiekowi wiarę w Boga, jak prawo jest jedynie środkiem do wyrywania grosza od naiwnych. Do tego, rzecz jasna, stałe przeciwstawianie „mędrca szkiełka i oka” - „czuciu i wierze”. I tak całymi stronami. Najciekawiej wypada rozważanie o ludzkiej skłonności do małpowania innych, od której to przypadłości nie są wolni nawet literaci.
„Poeta i świat” jest wyłącznie zabytkiem, i to z tych mniej szacownych, ale kryje w sobie jedną perłę: opowiadanie grozy, sen lekarza pod wymownym tytułem „Umarli dopominają się swego”. Rzuciwszy ją jednak pod nogi czytelnikowi na samym początku, Kraszewski uznał, że więcej nie musi się wysilać. Czytelnik natomiast musi się wysilić, by poziewując, przekartkowując kolejne rozmyślania głównego bohatera i skupiając się wyłącznie na elementach fabuły, dotrzeć do końca i tam wzruszeniem ramion skwitować losy Gustawa.

piątek, 1 czerwca 2012

126. Śniehotowie

Króciutkie opowiadanie, trochę chyba za szybko napisane, ale daje radę! Wydaje mi się, że Kraszewski mógł pisać dobre sążniste powieści i szkoda, że zdecydował się ciekawy temat tak szybko omówić. Rękę do opowieści to on ma - tym razem wziął na warsztat niesnaski między dwoma braćmi Śniehotami. Myślałam nawet, że zaraz wszystko skręci w dobrze mi znanym kierunku, czyli jakieś weselicho, ratowanie panny czy coś w ten deseń, ale tym razem każda postać kobieca (no, może prócz Hanki) jest negatywna. Mam nadzieję, że w kolejnej książce Kraszewskiego będzie mi dane poczytać więcej opisów przyrody i podupadłych dworków. Uwielbiam go za to. Jest wybitnie plastycznym pisarzem i ma smykałkę do odmalowywania bohaterów (ach, ta pierwsza scena przy kominku w karczmie!). W starciu Kraszewski-Dickens po 4 rundzie jest stan 2:1, ponieważ Karol zaliczył wpadkę z Klubem Pickwicka :)  
 
 
 
 
Tekst autorstwa Kornwalii, opublikowany wcześniej na jej blogu. Tam też nieco więcej o wpadce z Pickwickiem.
Dziękujemy za udostępnienie notki:).