czwartek, 27 października 2011
73. Mogilna
wtorek, 18 października 2011
72. Kopciuszek
poniedziałek, 17 października 2011
Sensacja - z ostatniej chwili:)
Tutaj (wpis z 6 października) po obejrzeniu zdjęć lubelskiej kamienicy, w której mieszkał Kraszewski (niebawem wpis na blogu), dowiemy się, że:
"celem tej inicjatywy jest „odkurzenie” twórczości najpracowitszego polskiego pisarza, autora niezliczonych utworów beletrystycznych, poetyckich, przekładów, baśni, parafraz, prac krytycznych, historycznych, krytyczno-literackich, rozpraw o literaturze i o historii sztuki, książek podróżniczych etc.".
Przy okazji okazało się, że na stronie pisarki działa prężne towarzystwo miłośników literatury, które na tyle zainteresowało się projektem, że są już pierwsze efekty tej współpracy - zajrzyjcie do krajoznawczego wpisu Agnesto na temat Białej Podlaskiej. A to zapewne nie ostatni wpis będący jej efektem:).
piątek, 14 października 2011
Pamiętajmy o Kraszewskim, czyli o szkołach i pomnikach garść słów
![]() |
| Fot. Ewa D. (Evik) |
Pośród grona absolwentów „Kraszaka” znajdują się m.in. krytyk muzyczny Bogusław Kaczyński, aktorzy Roman Kłosowski i Wacław Kowalski, polityk Krzysztof Skubiszewski.
![]() |
| Fot. Ewa D. (Evik) |
Tu widzimy go okiem obiektywu Ewy D.
czwartek, 13 października 2011
71. Adama Polanowskiego, dworzanina króla Jegomości Jana III, notatki

We wtorek 19 kwietnia 1887 roku nasi pradziadkowie mogli przeczytać w krakowskim „Czasie” następującą notkę wspomnieniową:
„Śmierć Kraszewskiego to zniknienie z naszego horyzontu gwiazdy, której promienie rozchodziły się szeroko. A kiedy na naszym chmurnym horyzoncie ginie gwiazda po gwieździe, to jakiejż potrzeba mocy, żeby na ten widok nie ulec zwątpieniu!”.
Teraz fragment opisujący śmierć Jana III Sobieskiego z „Adama Polanowskiego, dworzanina króla Jegomości Jana III, notatek" :
„Król nie żył.
Było to mało co po zachodzie słońca, długiego czerwcowego dnia.
Co się potem u nas w Wilanowie działo, jak się zawieruszyło, nie podobna tego opisywać. (…)
Otóż dziwnym trafem w tę rocznicę, zaledwie król oczy zamknął, nadciągnęła chmura i rozpoczęła się ulewa z gradem i piorunami, z wiatrem takim, że zdawała się chcieć wszystko zburzyć i zniszczyć. W ogrodzie wilanowskim ze starych topoli kilka z korzeniami wyrwało, dachy pozrywało.
Zwłoki królewskie jeszcze nie tknięte leżały na łóżku, gdy nadciągnęła burza i przeraziła wszystkich. Piorun po piorunie waliły w Wisłę i w ogrodzie.
Strach nas jakiś ogarnął, żeśmy poklękali wszyscy modląc się zapłakani.
Królowę kobiety jej na rękach zaniosły pod kotarę...
Burzy tak gwałtownej mało kto sobie w życiu przypominał i nierychło przeciągnęła... Jeszcze się to przyczyniło do zamieszania w pałacu, bo do reszty głowy potracili wszyscy.”
Józef Ignacy Kraszewski w dniu pochówku żegnany był jako filar narodowego dziedzictwa, choć niejednokrotnie odtrącany i skazywany z powodu zarzutów politycznych. Jan III Sobieski odchodził w glorii zwycięstw i przywrócenia wiary w potęgę Rzeczpospolitej. Śmierć obu łączy klamra zwątpienia. Zwątpienia im współczesnych w to, co nastanie po ich odejściu.
Po lekturze 27. tomu z cyklu „Dzieje Polski” Bogdana Bolesławity (czyli naszego JIK-a) ocena narratora jest jedna: Adam Polanowski to arcywzór poczciwości. Wychowany bez ojca, mający doświadczenie ziemi i pracy na wsi awansuje i dostaje się do świty Jana III Sobieskiego (podówczas jeszcze hetmana). Na każdym etapie życia boryka się z klasycznymi dworskimi intrygami, jest świadkiem wojny z Turkami i widzi ostatnie chwile swojego umiłowanego władcy. Kiedy jednak przestaniemy mu na chwilę współczuć, zauważymy dosadnego, miejscami wręcz brutalnego obserwatora. Adam Polanowski, cały czas z uniżoną grzecznością sekretarza, relacjonuje zachowanie „ukochanej Marysieńki” czy jej dwórek, w tym wielkiej miłości sekretarza, Felisi. Polanowskiemu uczucie do Felicji nie przeszkadza w zimnym sprawozdaniu jej zagrywek, które doprowadzają w skrajnym przypadku do morderstwa.
Zepsucie i egoizm to część nieodłączna życia przy boku króla. Nie są to (na szczęście) uczucia dominujące w notatkach pana Adama. Kult, nieomal „zachłyśnięcie” się Sobieskim, jego geniuszem, mądrością i sprawiedliwością to chyba najbardziej porywające fragmenty z notatek – a przy tym nieodrealnione. Widzimy wielkiego wodza z pierwiastkiem boskości, ale i zmęczonego żądaniami ukochanej żony starszego człowieka. Widzimy zdolnego hetmana wybranego podczas sejmiku na króla, ale hetmana zaskoczonego, początkowo przerażonego tą decyzją. Widzimy genialnego stratega wojennego, przed którym nie mają tajemnic tureckie szyki bojowe, ale który lęka się tajemnic Boga. Wreszcie po śmierci żegnają go tłumy, tłumy kochających poddanych. Sobieski nie zazna jednak spokoju. Jego własny syn nie chce oddać czci i nie wpuszcza do zamku pochodu z jego trumną.
Polanowski to obserwator drobiazgowy. W jego notatkach można już dostrzec zaczątki technik naturalizmu. Kraszewski, który w Dziecięciu Starego Miasta uśmierca głównego bohatera „heroiczną kulą w pierś”, w Adama Polanowskiego… notatkach nie używa już eufemizmów i pisze piórem pana Adama w ten sposób:
„Pierwsza rzecz — poszedłem z Szaniawskim do szopy, gdzie trup był złożony. Ażem się wzdrygnął, lak haniebnie porąbany był. Oprócz głowy, z której mózg wyprysnął... twarz, ramiona miał posieczone... ale krew już dawno płynąć przestała i tylko skorupa czarnokrwawa go okrywała...
Z tego wnosić było można, iż jeszcze z wieczora został zamordowany...”
Daleko tu jeszcze chyba do determinizmu Zolowskiego, ale ewolucja takiego powieściopisarza jak Kraszewski to zjawisko zbyt ogromne, aby zamknąć go w ciasnych ramach dwóch-trzech prądów.
Wydanie, którym dysponuję, pochodzi z 1986 r. Graficzne opracowanie – niemal wzorcowe (na minus czerwony tytuł mieszający się z szarą mapą-tłem). Pozycja zawiera wiele ilustracji (ale nie w samym tekście, dzięki czemu uwaga podczas czytania gawędziarskich notatek nie jest zaburzona) przedstawiających Jana Sobieskiego, jego rodzinę, a nawet tureckich janczarów. Na uwagę zasługuje interesująca boczna, górna i kolorowa paginacja stron, w praktyce niezwykle wygodna do wyszukiwania numeru strony. Książkę dostałam za darmo – była przeznaczona do wycofania z księgozbioru pewnej biblioteki.
Recenzja autorstwa Agnieszki Kochańskiej z portalu Bookznami. Zdjęcia są własnością autorki.
sobota, 8 października 2011
70. Klasztor
Gdzieś na pograniczu Korony i Litwy stał wybudowany w XVI wieku klasztor ojców franciszkanów. Do końca wieku XVIII, w którym to akcja powieści się rozgrywa, ten prosty i niewyszukany w stylu budynek, dzięki szlachetności, jaką nadaje czas nabrał majestatu i dostojeństwa. Mieszkańcy jego, jak na ludzi bogobojnych przystało wiedli swe codzienne życie utartym, spokojnym torem zdarzeń przewidywalnych i monotonnych. Dnie zdawały się płynąć leniwie; od jutrzni do komplety. I choć wielu zarzucało im bezczynność, poza modlitwą, każdy z zakonników miał liczne obowiązki, które mu dnie wypełniały. Pomagali proboszczom, sprawowali posługę duszpasterską na dworach, prowadzili szkółkę dla ubogich chłopców, studiowali księgi w klasztornej bibliotece, zażegnywali spory sąsiedzkie, przynosili pociechę, byli też źródłem wiadomości w pozbawionej gazet okolicy. Życie w klasztorze, choć postronnym mogło wydawać się nudnym, jego mieszkańcom przynosiło spokój i spełnienie. Okolica była cicha i bezpieczna.
Aż razu pewnego do furty klasztoru dobijać się poczęło dwoje pachołków człowieka rannego ciągnących pod ręce. Wielkie poruszenie spowodowało pojawienie się niecodziennego gościa, tym bardziej, iż gość ów, póki jeszcze przytomnym był wzbraniał się przed gościną w klasztorze. Długi czas okoliczności napaści na młodego porucznika, jak również jego koligacje rodzinne pozostawały dla zakonników tajemnicą.
Z czasem zrozumiałym się stała niechęć młodzieńca do skorzystania z opieki i schronienia w klasztorze. porucznik Bużycki był bowiem człowiekiem zuchwałym i awanturnikiem, a co najważniejsze człowiekiem bez wiary. Nie wierzył ani to w Boga, ani w ludzi. Ludzi wierzących uważał za zakłamanych, którzy jedynie dla wygody czy też spokoju udają, iż wierzą w cokolwiek. Życie w klasztorze postrzegał nie dość, jako przymusowe życie w odosobnieniu, to jeszcze jałowe, puste i próżniacze. I choć troszkę przez kilka miesięcy rekonwalescencji polubił zakonników, to z wielką radością wyrwał się z powrotem w wielki świat.
Bużycki wrócił szukać zemsty za poniesione krzywdy, tymczasem to on sam stał się ofiarą tych, których chciał ukarać. W końcu po długich kolejach losu zatacza koło i trafia znowu do klasztoru.
Porucznik Bużycki to ciekawie nakreślona postać. Dumny szlachcic, nie zamierzający nikomu niczego zawdzięczać, będący sam sobie panem, nie uznający żadnej władzy nad sobą, skłócony z rodziną. A z drugiej strony dobry, acz surowy pan i człowiek honoru. Człowiek, którego zgubiło to, iż uwierzył, że do życia nie potrzebuje nikogo, ani Boga, ani ludzi.
Fabuła wydaje się sugerować rozwiązanie niemal od początku. Jednak w przypadku tej powieści Kraszewski nie jest przewidywalny, a zakończenie może zdziwić.
Powieść określona, jako historyczna nie zawiera żadnych historycznych odniesień. Jej zaletą jest ciekawy rys obyczajowy; bogate życie osiemnastowiecznej szlachty pełne zabawy, hulanek, sobiepaństwa.
„Cały rząd okien bił światłem aż na błoto uliczne. Kilkanaście powozów różnych stało przed wrotami, a woźnica i służba od koni, pozsiadawszy z kozłów, hałaśliwie się zabawiali. Schody były oświetlone, a i tu pachołkowie, lokaje, hajduki, pilnujący płaszczów w przedpokoju i sieniach, grali w karty i głośnymi śmiechy świadczyli o dobrym humorze. Cały szereg sal i pokojów ciągnął się na przestrzał otwarty. Atmosferę cuć było jedzeniem, winem, ponczem, tytuniem i wonnościami, jakie naówczas były w modzie. Kilkanaście osób przechadzało się kupkami, gwarząc żywo, niektórzy leżeli na kanapach, ale znaczniejsza część zgromadzona była przy stolikach gry, które w każdym pokoju rozstawiono. Około nich ścisk był największy…”
Podobał mi się klimat powieści, zwłaszcza opis życia w zakonie i postawy zakonników, takiej nienachlanej, nie umoralniającej, nie narzucającej swoich przekonań porucznikowi. Nawet, jeśli postacie zakonników są przedstawione nieco zbyt idealistycznie, to zupełnie mi to nie przeszkadza.
„Budowa nie była bardzo starożytną, ani się wykwintną odznaczała architekturą; ale okazałą wydawała się rozmiarami, a wieczór w którego mrokach nikły zbyt jaskrawe szczegóły, nadawał całości harmonię spokojną i piękną. Oknami z góry wpadało jeszcze blade światło wieczora. Uroczysta cisza doskonale się jednoczyła z tym półcieniem świątyni.”
Podobają mi się postacie bohaterów; poza głównym bohaterem szczególnie przypadła mi do gustu postać zakonnika o. Anioła, takiego ciepłego, wyrozumiałego ojczulka o zainteresowaniach artystycznych, który naprawiał posągi, odnawiał stare obrazy, dekorował ołtarze.
Klasztor to taka ciepła, klimatyczna opowieść, która bardzo przypadła mi do gustu.
Tym razem z pudełka wyciągnęłam bardzo smakowitą czekoladkę.
Moja ocena 5/6












